wtorek, 26 listopada 2019

Sexy soaps!


Dzisiaj nikt się tutaj nie posili, ale można wzmocnić się ideologicznie! Albowiem tekst dotyczy doktryny wegetariańskiej (jak cały blog). Może też zainteresować adeptów albo entuzjastów sztuki mydlarskiej. 


Gdy przystępowałam do tej zabawy, nie sądziłam, że będzie to tak wciągające! Chemia zawsze mnie kręciła, choć nie dałam tego poznać nauczycielom, którzy stanęli na drodze mojej edukacji. Wiem, że to całe robienie mydeł można skwitować pytaniem: - Po co? Przecież mydła są tanie. (I tak cię kocham Joanno Olech!). Ale ma to jednak głębszy sens. Zróbcie w drogerii, albo we własnej łazience, przegląd etykiet mydeł. Większość opiera się na tłuszczu zwierzęcym - łoju wołowym lub wieprzowym. To jeden z produktów przemysłu „mięsiarskiego”. Nie dość, że jest tani, to daje dobre, a nawet bardzo dobre efekty w mydle. A zatem produkcja fabrycznych mydeł także generuje popyt na tłuszcz zwierzęcy. Cena, ale nie ta wyrażona pieniądzem za kostkę mydła jest wysoka - życie. W tym przypadku naprawdę nie ma takiej potrzeby (w innych też nie ma, ale to inna historia).


Jak ukrywa się tłuszcz zwierzęcy w mydłach?

Jeśli chcielibyście sprawdzić, czy w mydle jest tłuszcz zwierzęcy, szukajcie w składzie słówka TALLOWATE albo jednego z tych określeń: Sodium Tallowate, Tallow Acid, Tallow Amide, Tallow Amine, Talloweth-6, Tallow Glycerides, Tallow Imidazoline. Dotyczy to także tzw. mydeł „natural” czy „hand made” z maleńkich, domowych, jednoosobowych manufakturek. Ich też nie omija pokusa używania taniego łoju zwierzęcego.

Ale to nie koniec pułapek. Do mydeł dodaje się także kwas stearynowy (stearic acid), który poprawia twardość mydła i daje ładniejszą pianę. Może on być pochodzenia zwierzęcego lub roślinnego, ale tego z etykiety już nie da się odczytać. Ten z kolei ukrywa się pod następującymi nazwami: Stearamide, Stearamine, Stearates, Stearic Hydrazide, Stearone, Stearoxytrimethylsilane, Stearoyl Lactylic Acid,,Stearyl Betaine, Stearyl Imidazoline.



Olej palmowy!

Drugim grzechem przemysłu mydlarskiego jest olej palmowy. Podobna historia jak z łojem. Tani, dobry, okryty złą sławą. Zasłużenie. Tu ceną jest wycinanie lasów tropikalnych.

Ale są przecież mydła roślinne. Tym również obejrzałam etykiety. Dominuje olej palmowy, a także dużo substancji konserwujących, bo mydło nie jest produktem szybko rotującym na półkach, a może zjełczeć (jak każdy tłuszcz), więc producenci się przed tym zabezpieczają. Ponadto wszystkie mydła w procesie produkcji pozbawiane są gliceryny, która jest ubocznym produktem saponifikacji i można ją sprzedać osobno za lepsze pieniądze niż mydło. Dla mniej wtajemniczonych dodam, że gliceryna ma właściwości nawilżające i w mydle robi dobrą robotę. O ile w nim jest, rzecz jasna.

Tyle o etyce w mydle! A teraz zabawa! Jak pisałam poprzednio, możliwości są nieograniczone. Niezliczona jest liczba kombinacji, a co za tym idzie efektów. Można wyspecjalizować się w bajkowych swirlach, niezwyczajnych dla mydeł kształtach - na przykład babeczek z kremem albo odkrywać magię wynikającą z pełnych dobroci dodatków roślinnych, która ze swirlami czy babeczkami raczej nie chodzi pod rękę.


Moje liche swirle. Taki męskie kostki o zapachu pachuli.
 W pierwszym przypadku trzeba dojść do własnej kombinacji olejów oraz temperatury łączenia, która sprawi, że masa będzie długo płynna, a więc pozwoli na rozdzielenie jej na kilka porcji, dodanie barwników, a następnie wykonanie wzorów. Drugą opcję determinuje przygotowanie masy pozostającej długo plastyczną, która da się wtłoczyć do rękawa cukierniczego, by następnie wyciskać te wszystkie rzeczy, które normalnie znajdujemy na tortach. Trzecia droga, to droga wielkich niespodzianek. Tą właśnie podążam najczęściej.

Wynika to z pewnością z mojej fascynacji roślinami, które od lat zbieram latem, fotografuję, suszę, maceruję, fermentuję, czy co tam jeszcze chcecie. Dodanie roślin do mydła (w rozmaitych postaciach - od maceratów olejowych, poprzez octy, a na sokach bynajmniej nie skończywszy) - skutkuje najczęściej produktem końcowym wzbogaconym o przyjazne ciału ekstrakty roślinne, a dodatkowo manifestuje się to kolorem. Najczęściej niestety beżowym, czyli w kolorze którego nie powinno być na świecie.

Te „beżowe” mydła z foremek nabite są rdestowcem japońskim. Ług, zamiast na wodzie, zrobiłam na naparze z kłącza rdestowca, a wśród tłuszczów był macerat z tegoż. To bardzo cenna, choć inwazyjna roślina, stosowana w medycynie chińskiej od 2000 lat. Dodatkową cechą tych kłączy jest to, że są twarde jak granit, więc namordowałam się, zadając sobie rany cięte i kłute, żeby je rozdrobnić. Spodziewałam się, że oprócz cudownych właściwości, mydło będzie miało czerwony kolor, bo takie widywałam z dodatkiem tej rośliny, ale wyszło jak widać. 
Ale bywa też inaczej. Mydło z dodatkiem ugotowanej marchewki z dużym prawdopodobieństwem będzie miało kolor żółto-pomarańczowy, choć nieco zgaszony, piękny żółty da dodatek oleju rokitnikowego. Macerat z korzenia alkanny natomiast powinien dać kolor niebieski do granatowego (mnie jednakowoż dał beżowy, pewnie za mało dałam alkanny). Silna zasada, jaką jest wodorotlenek wypiera kolory z siłą wodospadu, rzec by można, ale zdarza się też inaczej…
 
A tu mamy dawcę pulpy - pigwowiec, który - suprise, suprise - wydał mydło różowe! Co ciekawe blok mydlany zachował jasną skórkę, ale spodziewam się, że w miarę dojrzewania mydła skórka stanie się różowa. Na zdjęciu niżej widać jak zmieniało się mydło od wyjęcia z formy. Zdjęcie z lewej zostało zrobione o 13.43, a to z prawej o 14.55. W ciągu kilkunastu kolejnych godzin, jeszcze trochę ściemniało, co widać na kolejnym zdjęciu.




Nie tak dawno wymyśliłam sobie, że uszczknę nieco pulpy z dzikiej róży (rosa canina), z której robiłam konfiturę i dodam ją do mydła. Jak zgadujecie pulpa była w kolorze intensywnie pomarańczowym, zaś po dodaniu jej do zmydlonych tłuszczów całość zrobiła się kremowa. Zazwyczaj masa mydlana dość szybko, tzn. w ciągu kilku minut robi się budyniowata i jest to znak, że można ją wykładać do formy (choć można wcześniej). Tym razem jednak miksuję i miksuję, a toto mi ciągle chlupie jak woda w kaloszu. Ręka mi omdlewa, mikser prawie płonie, czuję się jak socjalistyczny przodownik pracy, a masa jak chlupotała tak chlupocze. Byłam już bliska omdlenia, gdy dostrzegłam, że gęstnieje. Wlałam więc kremową masę do formy, przykryłam papierem i z uczuciem ulgi upiłam łyk winka. A gdy po godzinie do niej zajrzałam, okazało się, że przybrała postać lawy, takiż kolor i prawie gotowała się w formie. Odbywała się faza żelowania (w tym wypadku dzięki naturalnym cukrom znajdującym się w pulpie owocowej), do której nie zawsze dochodzi (i nie jest to wadą), ale gdy już dojdzie, to mydło jest szybciej gotowe do użytku, wydajniejsze w użytkowaniu, trwalsze oraz z reguły ciemniejsze. Następnego dnia rano znalazłam formę wypełnioną bordowo-brązowym, dość twardym i zaskakująco atrakcyjnym mydłem. Wyjęcie mydlanego batona z formy rozpoczyna następny, szalenie przyjemny dla wielbicieli robót ręcznych etap, a mianowicie krojenie i stemplowanie. Kulminacją jest rozdawanie mydlanych prezencików! 

To jest właśnie to różane mydełko, które dostarczyło mi tyle emocji. Pierwsze nieśmiałe próby użycia mam już za sobą, bo to młode kostki, ale zapowiadają się cudownie. Niżej widać fazę żelowania mydła z maceratem nagietkowym. Gdy wlewałam masę do formy była kremowa, co jeszcze widać w lewym dolnym narożniku, a potem ruszyła z kopyta do roboty. Nazajutrz znalazłam jasny blok (zdjęcie w prawym górnym narożniku), natomiast po kilku dniach uprzejmie zżółkło i nieco ściemniało.


Tutaj jest mydło z zielonych części nagietka. Ług zrobiłam na soku z wyciskarki wolnoobrotowej, a do masy mydlanej dodałam zieloną pulpę. Po lewej stronie jest śliczne zieloniuteńkie mydło „the day after”, a po prawej tydzień później (chodzi o dwie kostki, tę z grzewkiem i tę w prawym dolnym rogu)

Od roku, bo tyle się mydłem bawię, obserwuję pewne zjawisko. Mydło jest obiektem pożądania! Nie dziwi mnie to. Ilekroć sięgam po jedną ze swoich kosteczek, żeby umyć ręce, a gubię się zwykle w rozterkach, którą wybrać, ogarnia mnie fala przyjemności wynikająca z obcowania, z dość przecież trywialnym przedmiotem codziennego użytku, ale w jakże luksusowej postaci. A jest to luksus, na który każdy może sobie pozwolić.


A to jest mydło z dodatkiem soku z geranium o zapachu szyszki kąpielowej z dawnych lat. Zapach ten zawdzięcza olejkom eterycznym sosnowemu i pichtowemu (z jodły syberyjskiej)

4 komentarze:

  1. Mydła, moja miłość, nie wiem jak można używać do mycia płynów z pompką.
    Pięknie się to czyta, chciałoby się znaleźć pod choinką.
    Może trzeba spróbować samemu zrobić ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie zrobić! Podobno takie manualne zajęcie wynikające z pasji obniża poziom kortyzolu ;o) A dostaje się jeszcze do tego mydło! Czysty zysk!

      Usuń
  2. ekstra ! tyle się dowiedziałam o składzie! dzięki wielkie!

    OdpowiedzUsuń