czwartek, 24 października 2019

Zakwas z buraków


Nie wiem doprawdy, jak to się stało, że dotychczas nie napisałam o zakwasie z buraków, choć o burakach pisałam kilkakrotnie, a i fermentację zachwalałam na tych łamach nie raz! Ale oto nadszedł ten moment! Siedzę sobie ze szklaneczką zakwasu na swojej wiejskiej kanapie, ogienek w kozie mruga od niechcenia, bo nie tak zimno jeszcze, ale wystarczająco, żeby myszy sprowadziły się już pod nasz dach. Co jakiś czas jakaś zaaferowana osóbka śmiga wzdłuż ściany nieświadoma, że na fotelu śpią dwa koty. Chyba nie jestem prawdziwą kobietą, bo mnie te stworzonka nie przerażają, co najwyżej ich wizja balujących nocą po kuchennym blacie, a że balują wiemy na pewno, bo zostawiają nam wszędzie wiadomości.

A więc zakwas. Dobrze zrobiony powinien być klarowny, ale aksamitny zarazem. Z takim body jak u Brunello di Montalcino, albo czy ja wiem - Barolo. Myślicie, że bluźnię! Absolutnie! Dobry zakwas ma szlachetność i elegancję najlepszego wina. Z moich obserwacji i doświadczeń wynika, że na taki zakwas potrzeba więcej buraków niż w większości przepisów. Powinny być też dobrej jakości czyli z upraw ekologicznych.


Jednak nim osiągnę buraczaną ekstazę, czuję że powinnam wytłumaczyć swoją długą nieobecność w tym miejscu. Ci, którzy trafili tu tylko po zakwas mogą teraz przewinąć stronę na sam dół!

Jak być może pamiętacie, bo się tym chwaliłam, rok temu, w wydawnictwie Egmont ukazała się moja książka dla dzieci o kocie Maurizio. Natomiast we wrześniu tego roku miała premierę druga część pod tytułem Maurizio. Włoska przygoda. Nie koniec na tym! Rozkręciłam się i wymyśliłam jeszcze jedną historię, ale już nie o kotach. Będzie w księgarniach na wiosnę 2020! Na razie więcej o tym mówić nie mogę, bo projekt w toku. 



Ale przecież nie samym pisaniem człowiek żyje! Gdy tylko odkładam gęsie pióro i zamykam kałamarz, robię mydła! Tak, tak! Dobrze widzicie! Nigdy nie wiadomo kiedy w człowieku odezwie się mały chemik. We mnie odezwał się po raz pierwszy jakieś dwa lata temu! Zapragnęłam zrobić mydło! Pragnienie było na tyle silne, a głos, który się odezwał tak donośny, że kupiłam pudełko wodorotlenku sodu. Zaczęłam też szukać wiedzy w internecie. No i ilość materiałów na temat sztuki mydlarskiej, a także problemów powstających w trakcie produkcji przytłoczyła mnie. Wizja wybuchającego wodorotlenku sodu podczas łączenia go z wodą ostatecznie podcięła mi skrzydła! Mydła nie zrobiłam, niemniej zaczęłam zbierać tu i ówdzie akcesoria. A to foremkę w kwiatuszki, a to pudełeczko…

Todo tiene su hora, mówią Hiszpanie! Wszystko ma swój czas! Czas mojego mydła nadszedł nieoczekiwanie! Poczułam moc! Mówię do przyjaciółki, z którą piłyśmy akurat w Nero kawę, że zaczynam robić mydło. - A to jeszcze nie zrobiłaś? Rok temu mówiłaś, że robisz! - odezwała się Wiedźma i siorbnęła z filiżanki! Mówię innej, też przyjaciółce, że mydło robię! - Ale przecież mydło jest tanie! - odpowiada i patrzy na mnie zdumiona! - Ale ja nie z oszczędności, chcę robić mydło! - tłumaczę. W odpowiedzi słyszę, że powinnam się zająć czymś poważnym! A słyszę to od autorki książek dla dzieci! Specjalistki od marzeń! Koniec świata! 


Przy okazji tej produkcji okazało się, że mimo, iż podziwiam japońską specjalistkę od porządków, tę Marie Kondo, dobrze, że nie stosuję się do jej zaleceń! Kupiona kilka lat temu krajalnica żyłkowa do sera, która straciła w naszym gospodarstwie sens istnienia, bo przestaliśmy jeść nabiał, nagle przydała się do krojenia mydła! A planowałam się jej pozbyć, tylko ciągle nie mogłam przekuć zamiaru na czyn! Z kolei czarny wulkaniczny piasek przywieziony z Teneryfy dobre 10 lat temu (z powodu wielkiego nim zachwytu, a poza tym po nic) przydał się teraz jako agent delikatnie pilingujący! Reasumując, niczego nie wyrzucajcie! Wszystko się kiedyś do czegoś przyda! ;o) 


Robienie mydeł to wspaniała, kreatywna i relaksująca zabawa! Gra składnikami jest w zasadzie nieograniczona! Dla bardzo niewtajemniczonych w zasady robienia mydła objaśniam, że ten produkt codziennego użytku powstaje na skutek połączenia wodnego roztworu wodorotlenku sodu (w przypadku mydeł o konsystencji stałej, a wodorotlenku potasu w przypadku mydeł o konsystencji płynnej) z tłuszczami. Wodorotlenki są substancjami silnie żrącymi, więc produkcji zawsze towarzyszy dreszczyk emocji! Ale już połączenie ługu (czyli wzmiankowanego roztworu) z tłuszczami to początek magii! Potem kolory i zapachy! Zmiana zaledwie jednego parametru może przynieść nieprzewidywalne efekty. Dość że pierwszą rzeczą, jaką robię po otworzeniu oczu „the day after” jest galop do foremki z mydłem, żeby zobaczyć, co też się w nocy wydarzyło! A potrafi się nieźle zadziać! Po wyjęciu mydła z formy nadchodzi pora krojenia. To znowu ekstatyczny moment, zwłaszcza krajalnicą z żyłką! Zwykły nóż nie daje tej przyjemności ;o) A potem to stemplowanie, dziurkowanie, zdobienie czyli domowe przedszkole! Uwielbiam to!



Ale jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia! Nieuchronnie przychodzi moment, że mydła przestają wystarczać i powraca natrętna myśl, że pora się wziąć za kosmetyki. Możecie wierzyć lub nie, ale od ponad pół roku nie kupiłam ani jednego specyfiku do pielęgnacji twarzy i ciała. Toniki, płyny do demakijażu, sera (wiecie, te pod krem ;o) kremy, balsamy do ust, maści, eliksiry do stóp (tak! wstrząsające efekty!) oraz musujące kule do kąpieli robię sama! Przy okazji dowiedziałam się, że zapach oleju laurowego działa na mnie jak waleriana na koty! Doskonałe są też kremy z tym olejem! Wielkim plusem takiej domowej produkcji jest pewność, że nie ucierpiały do ich wyprodukowania żadne zwierzęta, bo półprodukty, jakie kupuję już dawno zostały wte i wewte przetestowane! Robienie kosmetyków, poza studiowaniem wiedzy na ich temat implikuje kolejną działalność, a mianowicie pozyskiwanie ziół i przygotowywanie z nich maceratów, glicerytów i wyciągów, bo prawdziwe znachorki takich rzeczy nie kupują. 



Szczęśliwym zrządzeniem losu nagietki w tym roku same się wysiały obficie i nawet próbowały zagłuszyć wszystko inne wokół, co im się częściowo udało. Czerwonej koniczyny poszukiwałam we wsi, na skraju łąki. Zastał mnie przy tej czynności sąsiad i gdy ponad wszelką wątpliwość ustalił, że pełzam po łące w poszukiwaniu koniczyny (było niedowierzanie w jego głosie), zapytał dlaczego nie pojadę na pole Krzysia (to syn), który dla koni posiał 4 hektary tego właśnie ziela! Tak szybko prawdopodobnie nikt nie wstawał w Polsce z kolan jak ja wtedy! Za 10 minut byłam na krzysiowym polu, dygocząc z emocji jak pies na widok listonosza. Stałam przed łanem czerwonej koniczyny, na której pasły się konie i zatrzęsienie wszelakich bzykaczo-zapylaczy. Uśmiechało się do mnie szczęście! Szczęście babki zielarki. 


W moim portfolio znalazły się także tego lata kwiaty czarnego bzu, rumianek, niecierpek (też się wysiał jak szalony), kwiaty głogu, żmijowiec, żywokost oraz wrotycz. Planuję także wytłoczenie własnego oleju z pestek śliwek oraz pestek dzikiej róży (rosa canina). Ale gdy widzę wiadro pestek z czterech naszych śliwek, które trzeba rozłupać, żeby wydobyć z nich nasiona do tłoczenia, to ogarniają mnie wątpliwości czy aby nie padłam ofiarą własnej pomysłowości! Zobaczymy! 
 


Na koniec, skoro już się tłumaczę ze swoich namiętności, muszę wspomnieć o jeszcze jednej. Przez cały rok czytałam książki dla dzieci i pisałam recenzje do magazynu „Książki”. Zajęcie to okazało się szalenie inspirujące i odświeżające umysł. Z czystym sumieniem mogę polecić to jako antidotum na przykrości dnia codziennego. Swoje recenzje wrzucam także na stronę, więc jeśli chcecie zobaczyć, co czytałam, to zapraszam 
TU

Zakwas, zakwas…

Po tych wyznaniach możemy już wrócić do zakwasu czyniącego tyle dobra w ludzkich organizmach! Zakwas, oprócz wszystkich dobroczynnych wlaściwości buraków, ma moc probiotyku. Powstaje bowiem na drodze fermentacji mlekowej czyli tej samej, która z ogórków surowych robi ogórki kiszone. To też ta, która  rozprawia się z kapustą! Zakwas wpływa na rozwój flory bakteryjnej jelit, dzięki czemu wspomaga odporność organizmu na wszelkie infekcje. Jest niezastąpiony przy niedoborach żelaza, wapnia, magnezu i fosforu. Ma witaminy A, C,E, K oraz witaminy z grupy B (kwas foliowy i witaminę PP (czyli B3).
Zakwas działa pozytywnie na układ krwionośny, nerwowy, pokarmowy i kostny. Betanina znajdująca się w burakach jest silnym antyoksydantem, więc działa przeciwnowotworowo i oczyszczająco.



A więc do dzieła! Na początek dla wprawy proponuję niewielką porcję, a kolejnym razem można zwielokrotnić ilość składników.



PRZEPIS NA ZAKWAS Z BURAKÓW 

1 kg buraków
1,5 litra przegotowanej ostudzonej wody
13 gr soli (bez antyzbrylacza) to jest dobra łyżka
1 główka średniego czosnku (lubię dużo)
4-5 liści laurowych
kilka ziaren pieprzu
kilka ziaren ziela angielskiego
dwie łyżki soku z własnych kiszonych ogórków (opcjonalnie)

Spory słój z zakrętką
 
Słój wyparzyć. Buraki umyć, obrać i pokroić na cienkie plastry. Do wyparzonego słoja włożyć buraki, czosnek i przyprawy, a następnie zalać wodą wymieszaną z solą. Dodać zaufany sok z ogórków! Ja lubię dodać ten sok, nawet nie ze względu na przyspieszenie fermentacji, ale uważam, że dzięki niemu smak zakwasu jest pełniejszy. Teraz należy upewnić się, że płyn zakrywa buraki i nic nie wystaje ponad powierzchnię, albowiem to, co wystaje będzie mogło mieć ochotę spleśnieć. Zakręcić zakrętkę i postawić słój w temperaturze pokojowej, tak żeby mieć go na oku. 


Fermentacja mlekowa odbywa się bez dostępu powietrza, ale w pierwszych dniach nastaw będzie trochę pracował tworząc dwutlenek węgla, więc raz dziennie należy poluzować i uchylić nakrętkę, żeby wypuścić gromadzący się gaz. Na powierzchni płynu będzie pojawiała się piana. To na skutek wspomnianego dwutlenku węgla. Jeśli jest jej sporo, to można ją delikatnie zebrać (nadmiar może wywołać pleśń). Zakwas będzie gotowy do picia po około pięciu dniach, ale ocena jego smaku jest sprawą bardzo indywidualną, więc może to potrwać o kilka dni dłużej. A zatem gdy smak będzie zadowalający, należy płyn odcedzić, przelać do wyparzonej butelki i schować do lodówki. Pić po pół szklanki dwa razy dziennie, najlepiej z pół godziny przed jedzeniem dla lepszego wchłaniania. No to zdrówko! ;o)

2 komentarze:

  1. My też robimy, a właściwie specjalistą jest Panmaraczek. Raz jeden, uwiedziona smakiem namówiłam go żebyśmy zrobili więcej, bo jedyną tego zakwasu wadą jest że zbyt szybko się kończy. No i zrobiliśmy nie w 2 litrowej kamionce, tylko w słoju 5 litrowym. I nam kurdebele spleśniało, więc pijemy nie na wanny lecz na kamionki. I buraków też dajemy b.dużo, zamiast soku z ogórów dodajemy kawałek ciemnego prawdziwego chleba na zakwasie.

    I co tu dużo mówić - jesteś kobietą Renesansu.
    Z żeliwną kozą w tle.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja bym ponownie podjęła próbę w większym naczyniu, bo to jednak wygoda, ale bez chleba! To on mógł być winowajcą. Bo jak się zleje zakwas do butelek i wstawi do lodówki, to raczej nic mu nie grozi! Można ewentualnie wlać warstewkę oliwy, która jak wiadomo, sprawiedliwa i zawsze wypływa i tworzy korek przed dostępem powietrza! A zakwas delikatnie nalewany z oliwą się nie wymiesza, więc tego przykrego momentu konfrontacji z tłustym nie będzie. A Renesansu Dupansu! Wiadomix! Skrzydła już mam, teraz muszę jeszcze zatrzepotać!

    OdpowiedzUsuń