czwartek, 21 września 2017

Ocet - mon amour!


Ocet w naszym kraju kojarzy się głównie z octem spirytusowym i wraz z cukrem oraz solą ma utrwalone miejsce w historii. To brak cukru na początku sezonu przetwórczego w czerwcu 1976 roku uruchomił spiralę wydarzeń, które doprowadziły do tego, że na sklepowych półkach pozostały jedynie sól i ocet. Niedawno odwołał się do tego stanu Donald Tusk w jednym ze swoich przemówień skierowanym do Brytyjczyków w kontekście Brexitu. Straszył ich, roztaczając wizję pustych sklepów, jedynie z octem i solą na półkach. Podchwycił to John Olivier w swoim satyrycznym programie, mówiąc, że przecież Brytyjczycy uwielbiają „salt and vinegar” i pokazał stosy rozmaitych chipsów o smaku tych dwóch przypraw, więc nie da się ich tą perspektywą przerazić, podobnie jak nie da się przerazić Francuzów perspektywą wina i bagietek. To jest bardzo zabawny odcinek! Jest TU, gdyby ktoś chciał obejrzeć.



Ocet dla Anglika, to nie jest ten sam ocet, co dla Polaka. The Concised Oxford Dictionary tak definiuje ocet: sour liquid got from wine, cider, etc., by fermentation and used as condiment or for pickling. Żeby uniknąć nieporozumienia Donald Tusk powinien powiedzieć „spirit vinegar” albo ostatecznie „distilled vinegar”, jak go nazywają Amerykanie. Bo na słowo „vinegar” Anglik pomyśli ocet winny, ewentualnie jabłkowy. Tak samo zresztą zrobi Francuz. Polak natomiast na hasło ocet przywoła w wyobraźni widok galarety z nóżek polanej octem, albo grzybki w occie czy ogórki na zagrychę, no i naturalnie stanie mu przed oczami ocet spirytusowy 10%.

Po co ten wstęp? Chodzi mi o podkreślenie, że ocet spirytusowy i ocet jabłkowy czy winny (to te najbardziej popularne, ale może być tyle octów, ile owoców, roślin czy substancji organicznych na świecie, włączając plastry miodu i korę drzewa) to dwa zupełnie inne produkty. Wprawdzie oba są kwasami organicznymi, oba też są wynikiem fermentacji, ale zasadniczo różnią się zawartością bezcennych dla zdrowia składników. W przypadku octu spirytusowego fermentowaną substancją jest - surprise, surprise - spirytus (gdzieś tam na początku jego drogi są ziemniaczki albo żytko, ale to długa droga i skomplikowana), a w przypadku octu - nazwijmy go roślinnym - owoce, zioła, kwiaty itd. Ocet w dużym stopniu zachowuje substancje zawarte w materii pierwotnej (czyli tego, z czego został zrobiony), ale na skutek procesów chemicznych zachodzących podczas fermentacji, daje też coś od siebie -  kwasy!

A więc zamiast mówić „nie lubię octu”, co już kilka razy usłyszałam, gdy oznajmiałam, że robię ocet, po prostu go zróbcie! Powiem wam, że ja też octu nie lubię! Ha! Grzybki w occie oczywiście tak, ogórka też zjem, ale już ze sklepową musztardą mam problem. Natomiast z własnoręcznie robionym octem, to jest zupełnie inna historia! Zakochałam się w nim! Od pierwszego słoja! ;o) Magia, jaka towarzyszy robieniu, codzienne asystowanie w powstawaniu nowego życia, obserwowanie zachodzących zmian, wąchanie i próbowanie, obawy wreszcie czy wszystko przebiega prawidłowo, czy się biedactwu nic złego nie dzieje, oto przyjemności wynikające z robienia domowego octu. Cały dom emocji, którym ulegają wszyscy mieszkańcy! Zwłaszcza, gdy nie mają gdzie ręki oprzeć, bo wszędzie stoją słoje! ;o)

Jeśli ktoś wybiega teraz do sklepu po ocet, niech zdejmie kalosze i odłoży parasol. Tak, można ocet jabłkowy czy winny kupić w sklepie, ale… większość sklepowych octów jest pasteryzowana, oznacza to, że wysoka temperatura wybiła wszystkie składniki termowrażliwe, czyli te, na których też nam zależy. W sklepach ze zdrową żywnością czy robiących karierę kooperatywach spożywczych, można dostać „żywy” ocet, ale nie ma z nim tej emocjonalnej więzi, co z własnym, choć dla zabieganych czy stroniących od kuchni, jest to rozwiązanie. Ale jest jeszcze jeden powód, dlaczego lepiej zrobić ocet w domu. O tym za chwilę.


WŁAŚCIWOŚCI OCTU JABŁKOWEGO

Teraz parę konkretów dla powściągliwych! Jak wspomniałam, ocet przekazuje składniki odżywcze, jakie ma materiał wyjściowy, a więc nie można napisać jednej laurki dla wszystkich octów, bo każdy ma swój indywidualny profil. Przyjrzyjmy się w takim razie jabłkowemu, jako temu najbardziej popularnemu.

Ma on kwasy: mlekowy, octowy i cytrynowy, które regulują równowagę kwasowo-zasadową organizmu i wpływają na wiele reakcji metabolicznych w organizmie. Dzięki temu przyjmowane pożywienie jest prawidłowo trawione, a co za tym idzie składniki odżywcze są dobrze przyswajane.

KWAS OCTOWY odgrywa ważną rolę w procesach przemiany tłuszczu i węglowodanów, bierze udział w reakcjach glukozy, aminokwasów i hemoglobiny. Kwas octowy oczyszcza organizm z toksyn oraz niszczy wiele mikroorganizmów.

KWAS MLEKOWY czyli ten, który znajduje się także w takich kiszonkach jak ogórki czy kapusta, poprawia działanie śluzówki, ułatwia trawienie i wzmacnia odporność. Łagodzi objawy nietolerancji laktozy, zmniejsza skutki alergii. Niektóre szczepy Lactobacillus zmniejszają przyswajanie tłuszczy z przewodu pokarmowego, co prowadzi do obniżenia cholesterolu we krwi. Działają przeciwnowotworowo, obniżając ryzyko powstawania nowotworów jelita grubego.

KWAS CYTRYNOWY ułatwia przyswajanie niektórych pierwiastków i działa odtruwająco.

Następnym ważnym składnikiem octu jabłkowego są PEKTYNY, pełniące rolę błonnika, naszego sprzymierzeńca w przyspieszaniu metabolizmu i oczyszczania organizmu ze szkodliwych substancji. To pektyny zmniejszają przyswajanie i odkładanie się tłuszczu, a więc ODCHUDZAJĄ! Obniżają też poziom cholesterolu, chroniąc przed chorobami układu krążenia.

Ocet jabłkowy ma też składniki mineralne, zarówno makro jak i mikroelementy, ale ich roli, podobnie jak roli zawartych witamin nie mitologizowałabym, bo nie ma ich wiele. Najwięcej ma potasu i jemu
warto poświęcić dwa zdania. Jest on jednym z najważniejszych minerałów, jeśli można się tak wyrazić. Odpowiada za kontrolowanie pracy nerek, oraz prawidłowe funkcjonowanie układu krążenia, stabilizując ciśnienie krwi. Potas reguluje także gospodarkę wodno-elektrolitową i kwasowo-zasadową organizmu.

A więc jak przeczytacie gdzieś, że ocet jabłkowy ma mnóstwo minerałów i witamin, to weźcie się pod boki i pośmiejcie! Ale przecież nie o minerały i witaminy w tym occie chodzi!
 

ZASTOSOWANIE OCTU

WEWNĘTRZNIE

- jako eliksir na dobrą kondycję organizmu, ze szczególnym uwzględnieniem układu pokarmowego, krwionośnego oraz na odchudzanie. Przy czym, ocet nie załatwi odchudzania, jeśli kandydat na chudego będzie się bez pojęcia obżerał. Ocet wspomaga proces, bo usprawnia perystaltykę, a więc szybciej i sprawniej trawimy i mniej się odkłada w boczki inne miejsca, o których sami wiecie.

- jako dodatek do sosów zastępujący cytrynę

2 łyżki octu na szklankę wody 2 razy dziennie, najlepiej 15 minut przed posiłkiem, ale można też podejść do sprawy ekstensywnie i wypijać jedną szklankę z 2 łyżkami octu rano przed śniadaniem, co też będzie miało rezultaty, a nie wymaga rozliczania się względem posiłków i noszenia ze sobą flaszki ;o)

UWAGA! Jak ze wszystkim, także z octem należy zachować umiar, bo w zbyt dużym stężeniu, albo w ilości może podrażnić układ pokarmowy. Ale stosowany z umiarem, będzie miał dobroczynne działanie!

ZEWNĘTRZNIE 

- jako tonik do twarzy (roztwór pół na pół)

- do kąpieli (szklanka octu na wannę) Taka kąpiel wygładza, oczyszcza i uelastycznia skórę. Przy takim roztworze octu prawie nie czuć na szczęście! ;o)

- do moczenia nóg. Dla piechurów, biegaczy, pań na obcasach! Jest to naprawdę rewelacja! Oprócz wielkiej ulgi, taka kąpiel pięknie wygładza skórę.

- do płukania gardła w początkowej fazie infekcji (2 łyżki octu na szklankę ciepłej, ale nie gorącej wody).

- do płukania włosów (pół szklanki octu na litr wody), ale to nie zadziała w każdym przypadku. Ja moich kędzierzawych włosów nie byłam w stanie rozczesać.

- do okładów przy stłuczeniach, opuchnięciach i po ukąszeniu owadów (zarówno komary, jak i osy). Pan Domu sprawdził na sobie, że to działa w przypadku pogryzienia przez osy, i to kilka egzemplarzy na raz, albowiem pojawił się konflikt interesów w krzakach malin!

- do gospodarczego zastosowania - mycie urządzeń sanitarnych, kafelków, luster, odkamieniania czajników itd.




Ogórecznik, mięta i pokrzywa.

JAK ZROBIĆ OCET?

W wielu źródłach znajdziecie zapewnienia, że zrobienie octu jest łatwe, przyjemne i wciągające. Zgodziłabym się ze stwierdzeniem drugim i trzecim, ale ostrożna byłabym przy pierwszym. Jest łatwe tylko pozornie. Ale nie zniechęcajcie się! Jeżeli marzyliście w szkole podstawowej o zestawie Młodego Chemika, to pokonanacie problemy, które możecie napotkać. Ale po kolei.

SUROWIEC NA OCET

Po pierwsze materiał, z którego powstanie ocet. Cokolwiek to będzie, musi być w dobrym stanie. Owoce nie mogą być uszkodzone czy, niech was ręka boska broni, spleśniałe. W wielu przepisach na domowy ocet pojawia się informacja, że owoce mogą być obite, a nawet zgniłe, byleby nie były spleśniałe! Otóż, nie jest to prawda! Owoce nie mogą być obite (najczęściej dotyczy to jabłek czy gruszek, tzw. spadów w ekologicznej jabłonki u cioci czy babci). Owoce obite, które mają zbrązowiałą skórkę (nawet lekko) NIE NADAJĄ SIĘ ANI DO JEDZENIA, ANI DO JAKIEGOKOLWIEK PRZETWARZANIA. Owoce obite, a więc uszkodzone, atakowane są przez mykotoksyny. Mykotoksyny są to toksyny wytwarzane przez niektóre gatunki grzybów (czyli pleśni) i jest ich wiele rodzajów (około 600) „wyspecjalizowanych” w atakowaniu różnych organizmów. W owocach jest to MYKOTOKSYNA o nazwie PATULINA (grzyby o wdzięcznych nazwach: Penicillium expansum, Aspergillus clavatus, Byssochlamys nivea).

Jest ona rozpuszczalna w wodzie, więc błyskawicznie penetruje cały owoc, nawet jeśli nie widać tego gołym okiem! Odkrawanie kawałka owocu wobec powyższego zupełnie nie ma sensu. Patulina jest odporna na działanie wysokich temperatur, więc znajdziemy ją również w dżemach i sokach przyrządzonych z nadgniłych owoców. Światowa Organizacja Zdrowia uznała dopuszczalne stężenie patuliny w przetworze jako 50 µg/kg.
Patulina wykazuje wprawdzie pewną wrażliwość na fermentację alkoholową, ale ta fermentacja, która zachodzi w przy produkcji octu jest zbyt słaba!

Patulina jest wykrywana nie tylko w jabłkach i produktach wytworzonych z jabłek, ale także czasami w owocach dotkniętych brązową zgnilizną np. w bananach, gruszkach, śliwkach, winogronach, brzoskwiniach, morelach i oraz w dżemach i kompotach. Patulina ma działanie kancerogenne i teratogenne, co oznacza, że może być przyczyną występowania wad płodu. Spożywanie produktów skażonych patuliną powoduje choroby przewlekłe, w tym: uszkodzenie wątroby, stany zapalne jelit łącznie z ich uszkodzeniem, krwawienie z przewodu pokarmowego oraz zmiany nowotworowe. A więc mówienie, że zjadłam jabłko po odkrojeniu „brązowego” i nic mi się nie stało, jest po prostu głupie.


Wiem, że czyta się to wszystko z bólem! Czasami to jest jedna brązowa plamka! Ile ja się w życiu takich jabłek i gruszek spod drzewa najadłam, ale nadchodzi moment prawdy i trzeba tej prawdzie stawić czoła!
Powyższy akapit jest także odpowiedzią na pytanie, dlaczego lepiej samemu zrobić ocet! Nikt tak nie przebierze owoców, jak zrobimy to sami przy małej ilości surowca, ot co!


METODA


Wiadomo już, że owoce muszą być ekstraklasa! To po pierwsze. Po drugie, powinny być rozdrobnione. Jabłka, gruszki i tym podobne pocięte na kawałki rozmiaru ósemki, a owoce takie jak porzeczki, winogrona, wiśnie itp. trzeba rozgnieść widelcem, albo przelecieć blenderem. Tak delikatne owoce jak maliny czy truskawki można wrzucić w całości, bo i tak się szybko rozpadną. Zioła należy posiekać, ale nie trzeba przesadnie drobno. Owoców, których historię znamy, to znaczy zerwaliśmy je z drzewa czy krzewu, albo zebrał je ktoś zaufany nie należy myć, bo znajdują się na nich drobnoustroje, które szybciej zainicjują proces fermentacji. Ale i umyte sfermentują, więc jak kto uważa.
Ocet najlepiej robić w dużym słoju (ja używam takich prawie pięciolitrowych). Słój trzeba wyparzyć. Rozdrobnione owoce wrzucić do słoja, mniej więcej do połowy wysokości. Przygotować zalewę. Na szklankę wody łyżkę cukru. Uwaga! Nie obawiamy się tego cukru, zostanie on bowiem w całości skonsumowany przez drożdże! Do zrobienia zalewy ja używam przegotowanej i ostudzonej wody z kranu.
Następnie trzeba zalać owoce zostawiając ok. 5 - 8 cm od góry, żeby nastaw miał gdzie fikać, jak zacznie się fermentacja! Słój trzeba przykryć lnianą albo bawełnianą ściereczką i zacisnąć gumką, albo zawiązać sznureczkiem. To ważne, bo jakąkolwiek nieszczelność wykorzystają muszki owocówki, żeby w naszym drogocennym nastawie złożyć jajka i wychować potomstwo! ;o) 


Od razu uprzedzę, owoce wkrótce po zalaniu podpłyną do góry. Piszę wkrótce, bo jabłka zrobią to od razu, a na przykład zmiażdżone winogrona po kilku godzinach.
Już następnego dnia po nastawieniu owoców należy zawartość słoja mieszać. Ma to związek z owocami, które wypłynęły na powierzchnię i narażone są na spleśnienie, ale jest i drugi powód. Nastaw trzeba napowietrzać, więc najlepiej mieszać z wigorem. Mieszanie to osobny rozdział. Czytam w wielu miejscach, żeby koniecznie używać do mieszania drewnianej wyparzonej łyżki, nigdy metalowej. Zazwyczaj nie ma wytłumaczenia dlaczego, ale niekiedy jest informacja, że bakterie nie lubią metalu! LOL! Zmierzmy się z tym mitem! Jeżeli użyjemy łyżki zrobionej ze stali nierdzewnej (stal kwasoodporna, stainless steel), a najczęściej takie mamy obecnie w domach, to możemy sobie nią do woli mieszać. Chodzi bowiem o to, żeby powstający w słoju kwas nie wszedł w reakcję z metalem. Fermentacja jest metodą konserwacji długą jak świat i kiedyś mieszanie metalową łyżką mogło być ryzykowne, bo różne to bywały łyżki, więc drewno było w tym kontekście bezpieczne. Teraz drewniana łyżka nie jest koniecznością, chociaż ma swoje zalety, bo jest najczęściej dłuższa niż zwykła łyżka (a słój spory) no i nie dzwoni się nią jak w kościele na mszę. 




CO SIĘ DZIEJE W SŁOJU?


Teraz dwa słowa o tym, co dzieje się w słoju. Najpierw robotę zaczynają dzikie drożdże, których pełno wokół. Rozkładają one węglowodany (ten cukier z owoców i ze słodkiej wody) na etanol (czyli alkohol etylowy) i dwutlenek węgla. Dlatego na początku całego procesu zawartość pieni się i burzy. Odbywa się fermentacja alkoholowa. Tylko czekają na to bakterie Acetobacter, które utleniają alkohol etylowy do kwasu octowego.
Utlenianie alkoholu etylowego przebiega w dwóch etapach. Najpierw powstaje aldehyd octowy, który następnie zostaje utleniony do kwasu octowego. Po wyczerpaniu się zasobów etanolu, jako substratu do produkcji kwasu octowego, bakterie octowe są w stanie dalej przeprowadzać proces utleniania. Jednak w tym wypadku utleniony zostanie kwas octowy do CO2 i H2O czyli do dwutlenku węgla i wody, a więc nici z octu ;o) 
Powstawanie octu trwa około miesiąca, ale może i dłużej, bo sporo jest czynników, które to warunkują. Między innymi temperatura otoczenia, zawartość cukru w owocach czy ilość drożdży, które znajdowały się na materiale wyjściowym. Dobrą wskazówką, że możemy mieć w słoju ocet, jest opadnięcie owoców na dno. Najlepiej jednak powąchać i spróbować wyprodukowanej cieczy. Jeśli smakuje jak ocet, trzeba odcedzić owoce, a płyn z powrotem wlać do słoja na jakieś 10 - 14 dni, żeby pozwolić mu dojść. W dalszym ciągu z przykryciem ze ściereczki
Wybór momentu odcedzenia owoców jest dość karkołomny, bo gdy zrobimy to za wcześnie, ocet nie będzie miał odpowiedniej mocy, a jeśli za późno, to bakterie mogą zamienić ocet w wodę i dwutlenek węgla (napisałam o ty kilka linijek wcześniej). To jest tricky, very tricky! Naprawdę ktoś twierdził, że robienie octu jest ŁATWE?! Ale powiedzmy, że to jakoś szóstym zmysłem ogarniemy ;o) Po tym czasie ocet przelewamy do butelek z cienkimi szyjkami i zakręcamy. Dobrze jest zajrzeć do nich raz na tydzień, żeby ewentualnie wypuścić dwutlenek węgla. To się może wydarzyć, a jak go będzie za dużo, to rozsadzi butelkę.





Moi żołnierze! Tutaj kolejno od lewej i od góry: 1. jabłka-płatki róż, 2. jabłka-owoce dzikiej róży, 3. czerwona porzeczka, 4. winogrona, 5. jabłka, 6. ogórecznik-pokrzywa-mięta, 7.jabłko-marchew, 8. lepiężnik-płatki róż, 9. jabłka-mięta.

 
PUŁAPKI


Myślicie, że to wszystko na temat procesu produkcji? Otóż nie! Są jeszcze pewne pułapki! Pierwsza to pleśń! Musicie się przygotować, że mimo stosowania się do przepisu i doglądania nastawu, dmuchania i chuchania, pewnego dnia pomacha wam z powierzchni szaro-biała plama. Nie ma w takiej sytuacji ratunku. Wylewamy wszystko, myjemy, wyparzamy i robimy od nowa!
Może też pojawić się tzw. kożuszek fermentacyjny. Najbardziej prawdopodobne, że pojawi się gdy po wyjęciu owoców przestaniemy mieszać w słoju. Ten kożuch, to akurat nic złego, ale trzeba umieć go rozpoznać, bo można go wziąć za pleśń. Jakąś podpowiedzią może być to, że pleśń pojawia się w postaci szaro-białych plam, takich wysepek, podczas gdy kożuszek fermentacyjny pokrywa równomiernie całą powierzchnię i jest raczej jednolity w strukturze. Jednak w przypadku wątpliwości, lepiej wszystko wylać, niż najeść się pleśni.
Nie koniec na tym he he…! Mamy jeszcze matkę octową. Ta dopiero potrafi uszczęśliwić occiarzy! Może pojawić się w tym samym czasie, co kożuch (choć nie jednocześnie). Jest to kolonia bakterii acetobacter. Matka na szczęście jest dość łatwa do rozpoznania, bo wygląda jak meduza. To znaczy na początku jak namoczony papier ryżowy, a potem, gdy nabierze ciała, jak meduza właśnie. Gdy będzie już na tyle stabilna, że da się wyjąć, należy ją schować do słoika z wodą z octem i schować do lodówki. Będzie mogła wspomagać procesy fermentacji w kolejnych nastawianych octach!
I jeszcze jedna pułapka czyli fermentacja mannitowa. Dochodzi do niej, gdy włączą się w fermentację bakterie Bacillus sachari, Bacillus vini, Lactobacillus brevis, co skutkuje pojawieniem się śluzowej konsystencji. Jeśli towarzyszy temu zapach psujących się owoców, nastaw trzeba wyrzucić, ale jeśli w zapachu nie ma niczego niepokojącego, to trzeba przeczekać tę fazę licząc, że bakterie Acetobacter wezmą się do roboty i zjedzą niepożądane bakterie. U mnie, ciekawostka, były dwa słoje z ogórecznikiem, pokrzywą i miętą, choć proporcje surowca w słojach mogły się różnić, w jednym płyn zgęstniał, a w drugim nie. Po ok. 2 tygodniach ten gęsty ponownie miał wodnistą konsystencję. 


Płatki peonii i róży.

W ten sposób dobiegamy do szczęśliwego końca! Jeszcze tylko kilka słów o mnie ;o) W octowym szaleństwie dokonałam kilku odkryć! Cudu w fermentacji dokonują płatki róż (rosa rugosa) oraz peonii. Wprawdzie nie mogą się poszczycić jakimiś szczególnymi właściwościami odżywczymi, ale nadają octom tak cudowny zapach, że miałam ochotę wpychać je do wszystkich słojów. Powstrzymał mnie przed tym Pan Domu - żebym nie robiła wszystkich „dziewczyńskich” octów! Ale i tak nawkładałam płatków do truskawek, do mirabelek, do ogórków (tu płatki nie przebiły zapachu ogórków w occie ;o) do lepiężnika (ależ on pięknie pachnie), do wrotyczu (ten też fajnie - intrygująco, jakby żywicą), no i do jednego słoja z jabłkami. Ile ja się podczas tego codziennego mieszania nawąchałam! Aromaterapia w gratisie!


UWAGA! UWAGA! Przed nastawieniem octu, owoce czarnego bzu trzeba zerwać do garnka (można sobie pomóc widelcem) i podgrzać je do 60-70 stopni! Ta temperatura unicestwia sambunigrynę, która jest w całym czarnym bzie i jest TRUJĄCA! Po wystudzeniu owoce można lekko zblendować, albo rozgnieść widelcem i dalej postępować zgodnie z przepisem!


Z myślą o Panu Domu natomiast przygotowałam zestawy owoców ze świeżą miętą, bo jest jej wielkim amatorem! Połączenie jabłek z miętą i gruszek z miętą okazało się rewelacyjne. Natomiast w kombinacji ogórecznik - pokrzywa - mięta, znikła ona prawie zupełnie.
Kilka butelek octu jest już zrobionych, te wyżej wymienione oraz z czerwonych porzeczek i winogron, dwie już (od sezonu truskawkowego) wypite. W trakcie produkcji jest ocet węgierkowy i z czarnego bzu, a w planach, z owoców dzikiej róży, malin (mamy późne, a przez deszcz gniją na krzakach, ale nie tracę nadziei), z głogu, pigwowca i jak uda mi się zdobyć, to rokitnika! Może ktoś zna jakieś źródło? To poproszę o wiadomość! Nie wiem, co będzie z moim życiem, gdy skończy się sezon produkcyjny! ;o)


Róbcie octy! To wspaniała i zdrowa zabawa!


To jest lepiężnik. Powszechnie mylony z łopianem i wzbudzający zachwyty, jako łopian o olbrzymich liściach. Niektóre mogą mieć po 70 cm średnicy. Lepiężnik, a zwłaszcza jego ogonki liściowe cudownie pachnie, podobnie do arydzięgiela. Ocet z lepiężnika zrobiłam do kąpieli, bo wspaniale działa na skórę.
To jest lepiężnik „baby” czyli w okolicach kwietnia. Najpierw rozwijają się kwiaty, a dopiero potem liście. Surowcem zielarskim są także korzenie.

25 komentarzy:

  1. A na ostatnim zdjęciu mamy śliczny różowy lepieznik :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jasne, że lepiężnik! Pisałam wcześniej, że podobnie pachnie do arcydzięgiela, stąd się to tu wzięło! Już poprawiam! Dziękuję za czujność!!!

      Usuń
    2. Bardzo fajny post :) pozdrawiam

      Usuń
    3. Cieszę się i również pozdrawiam!:o)

      Usuń
  2. Mniam. Dobrze mi Twoje octowanie robi na oczy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Można powiedzieć, że to użytek wewnętrzny, bo wnika do duszy! ;o) Ale mogłabyś też nastawić słoik! Nieomal mistyczne doświadczenie! Widzę Cię jak czarujesz octy!

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuję! Mnóstwo informacji zebranych w jednym miejscu. Octuję od jakiegoś czasu, wciąż się uczę i szukam nowych pomysłów, i oczywiście, wiedzy, wiedzy, wiedzy...
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że moje „wypracowanie” okazało się przydatne! Wiedza w tej zabawie jest bardzo ważna, podobnie jak doświadczenie, ale i tak, mam wrażenie, nad wszystkim czuwa intuicja! Oby nam jej nie zabrakło! ;o) Miłej zabawy, żeby nie powiedzieć - octowego szaleństwa!

      Usuń
  5. Nie wiem, czy nie przedobrzyłam sprawy. Nastawione 17 września( cóż za data!) a dziś zlewam dopiero na owe 10 dni. Daj znać, czy dobrze robię ��
    Aga Jaga

    OdpowiedzUsuń
  6. Przede wszystkim spróbuj „cieczy”, którą zlewasz! Powinna smakować lekkim octem! Jeśli tak smakuje, a myślę, że tak, to wszystko jest w porządku. W przypadku octów nie da się wszystkiego rozliczyć co do dnia, bo wiele jest współczynników, począwszy od materiału wyjściowego i drożdży, które na nim siedziały, przez to wszystko, co fruwa w powietrzu, po temperaturę otoczenia. Magii robienia octu nie zamienisz Kochana na matematyczne równania! A więc spróbuj i daj znać jak jest pyszny!

    OdpowiedzUsuń
  7. Lekko trąci myszami...hm...może dlatego, że cztery koty go pilnowały�� zaraz sprawdzę dokładniej
    AJ

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak się To czyta, to w głowie myśl: "Ale Kwas!". Ale taki Kwas to jak najlepszy ZA-KWAS. Chyba zacznę robić mój domowy chleb(ek) na zakwasie z dodatkiem jakiegoś KWASU - znaczy się fajnego octu. Na początek, może do razowca z czarnym sezamem dam trochę octu (VINEGAR) z czarnego bzu. Jest dość wytrawny ale i mocno owocowy. Myślę, że chleb będzie WYBITNY.
    Pozdro

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę koniecznie podpowiedzieć mojemu Nadwornemu Piekarzowi pomysł z dodaniem octu do chleba! A octu wszelakiego u nas dostatek! Dziękuję za podpowiedź!

      Usuń
  9. Wow ile octowej wiedzy. Dziękuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będzie mi miło, jeśli się wiedza przyda! A zaraz sezon! Trzeba szykować słoje! Ja najpierw biorę się za bez, a potem za kwiaty głogu! Pozdrawiam! :o)

      Usuń
  10. Ja w tym roku zrobiłam z forsycji, mniszka, kasztanowca i z jaskolczego ziela. To wszystko z myślą o tonikach do buzi ����
    Świetnie napisane info octowe, interesujące.
    Pozdrawiam ��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wspaniałe otwarcie sezonu! To kilka octów czy wszystko powędrowało do jednego słoja? Mój pierworodny tego roku, to właśnie nastawiony z kwiatów głogu (do picia), ale najbardziej czekam na pachnące kwiaty! Piwonie i róże! W połączeniu z truskawkami są obłędne! Pozdrowienia!

      Usuń
  11. Mój ocet ma zapach drożdży. Na dnie słoika wytrącił się biały osad. Ale ten zapach drożdży...

    OdpowiedzUsuń
  12. Zapach drożdży powinien minąć. Wygląda na to, że fermentacja przebiega wolniej, może jest trochę za mało cukru. U mnie w słojach bliźniakach z truskawkami, płatkami piwonii i róż, w jednym pojawił się zapach drożdży, a w drugim nie. Myślę, że w jednym było więcej truskawek, a więc więcej cukru i fermentacja przebiegała szybciej i zapach drożdży się nie pojawił. Ja byłam w tej dobrej sytuacji, że miałam z ubiegłego sezonu matkę octową, więc zapakowałam ją do „drożdżowego” słoja i po kilku dniach drożdże nie były wyczuwalne. Ale i bez matki nie można upadać na duchu. Mieszanie i czas powinny swoje zrobić! Osadem na dnie nie ma co się martwić, to prawdopodobnie pierwsze przerobione przez bakterie szczątki, z czasem wszystko opadnie na dno. Trzymam kciuki! Mam nadzieję, że ocet się uda!

    OdpowiedzUsuń
  13. Kasiu, Katarzyno! Silnie inspirowana Twą działalnością oraz instrukcją obsługi nastawu octowego, zalałam byłam czerwoną i czarną porzyczkę hodowli własnej, więc nie mam uwag, co do jakości owocu. Są prima sort, jako nakazałaś. Dodałam też kapkę ubiegłorocznego octu żywego z pigwy, który zrobiła dla mnie moja Przyjaciółka, też z moich owoców. Zobaczymy, co z tego będzie. Bardzo serdecznie Cię pozdrawiam. Bardzo serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  14. Kasiu, tekst super, no i wiedzy dużo. Postanowiłam nastawić coś nietuzinkowego, ale skąd wziąć to zdrowe... Nad Wisłą widziałam piękne nawłocie, ale to przecież za blisko, bo prawie w mieście. Z jabłkami o jakich pisałaś raczej też trudno, bo na targu sypią je do skrzynek i też obijają, płatków róż już nie ma. Podpowiedz mi coś...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anka, jak nigdy nie robiłaś octu, to raczej na początek zrób coś „tuzikowego” ;o) Najsmaczniejsze są octy owocowe. U mnie teraz dochodzi malinowo-porzeczkowy z płatkami róż! Pachnie obłędnie! Jeżeli chodzi o róże, to kwitną! Rosa rugosa czyli róża pomarszczona kwitnie nawet do października! Pod oknem mam krzaki i są teraz obsypane kwiatami. Zdrowe, niepryskane owoce, to zawsze problem, jak się nie ma swoich! Popytaj znajomych, może ktoś ma działkę, ciocię za miastem... Teraz zaczyna się sezon na śliwki! Robiłam w ubiegłym roku ocet śliwkowy - jest pyszny! Gdybym w Warszawie miała wyruszyć po owoce na ocet, to pewnie pojechałabym na Bio bazar (teraz na przeciwko Galerii Mokotów), w prawdzie drogo, ale na słój octu wystarczy kilogram owoców. Na pewno dostaniesz eko jabłka czy maliny, gruszki czy polskie winogrona. Najlepszy jest mix. Takich przydrożnych roślin bałabym się, bo nigdy nie wiesz, czy ktoś akurat nie postanowił spryskać roślin rounupem czy innym świństwem. Bliskość dróg też wyklucza pozyskanie surowca. A w Łomiankach czegoś nie dostaniesz od okolicznej ludności?

      Usuń
  15. w tym roku jest ogrom jablek-zwłaszcza w okolicach Grójca. Sama mam tyle owoców na drzewie,a tata w tym roku niczym nie pryskał, że pierwszy raz postanowiłam zrobić ocet. Wczoraj pachniał jabłkami (2 dzień) dziś już drożdzami (3 dzień).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami się to zdarza! W tym roku u mnie truskawkowy przez moment pachniał drożdżami. Mieszaj częściej, nawet kilka razy dziennie, a jeśli za 2 - 3 dni nadal będą wyczuwalne drożdże, to dodaj wody z cukrem. Najlepiej byłoby wrzucić matkę octową, ale domyślam się, że nie masz? Jeśli mieszkasz w Warszawie, to mogłabym Ci dać. Ale i bez tego powinno być dobrze! :o)

      Usuń
  16. dziś już pachnie słabiej także domniemywam że zachodzą jakieś zmiany, codziennie mocno mieszam :) mieszka w Warszawie ale spróbuję pierwszy ocet zrobić bez matki:)

    OdpowiedzUsuń