czwartek, 9 sierpnia 2018

Kiszone pomidorki koktajlowe do szybkiego zjedzenia!




Zaczęło się! Mamy ogórkowy entliczek pentliczek. Ogórki surowe, ogórki w kilku stopniach małosolnego ukiszenia, a także ukiszone porządnie! Ogórki do każdego posiłku i między nimi. Czuję, że zaraz trysnę solami mineralnymi jak fontanna. Jak, nie przymierzając, Tryton z fontanny na Piazza Barberini w Rzymie. Innych wartości surowe ogórki w zasadzie nie mają, poza smakiem, który uwielbiam. Co innego kiszone! To zamiana na miarę tej, jakiej dokonywał ten czarodziej Jezus, zamieniając wodę w wino.

Kocham ogórki, ale są one przedmiotem naszego corocznego zmartwienia. Czy wzejdą! Jeśli wzejdą, to czy jakaś cholera (w rozumieniu zwierz) ich nie pożre! Albo choroba! Pierwsze kroki po umyciu zębów, albo jeszcze w trakcie, kierujemy na zagon, żeby dokonać inwentaryzacji. Pan Domu, który tę dziatwę siał do doniczek, a następnie sadził do ziemi chucha na każdą roślinkę i przeżywa wszystkie sukcesy - pierwsze, drugie, trzecie listki. Widziałam nawet, jak do nich coś szeptał, ale nie wiem co, niech mają swoje sekrety. Zaledwie 10 dni temu odbył się pierwszy zbiór. Plon został zważony - 568 gramów, a następnie sprawiedliwie podzielony. 



Zawsze przy tych pierwszych ogórkach przypominają mi się dwaj stolarze, z którymi mieszkał mój kolega w Londynie w 1989. Otóż składali się owi stolarze na jedzenie, bo taniej wychodziło. Żeby było sprawiedliwie, spożywali wszystkiego po równo. Jak robili sobie po dwie kanapki, ale jeden z nich chciał trzecią, to obaj jedli po trzy. Jak pili po szklance mleka, na które mówili mlik, bo byli ze wsi, gdzie na mleko mówiło się mliko, a że z czytaniem byli obeznani jedynie jako tako, to milk zamienili na mlik właśnie, no więc gdy jeden z nich chciał jeszcze mlika, to pili obaj. Dokładnie tak samo jest u nas na początku sezonu ogórkowego.

Natomiast teraz ogórki stały się obowiązkiem! Codziennie zbieramy koszyk, tak ze 3 kilogramy. Pani Teresa, nasza sąsiadka raz nie zerwała ogórków, bo nie miała czasu, a następnego dnia syn nazbierał sześć wiaderek - mówiła zrozpaczona. Niby kiszenie ogórków na zimę, to nie gotowanie, ale robota jest. Mam już połowę zimowego zapasu czyli 15 litrowych słoików. I siatę maluchów w lodówce. Wczoraj mi się nie chciało, dzisiaj wzięłam się za pisanie, a pula, jak w totolotku, rośnie.



 

A gdzie miejsce dla innych podopiecznych!  Na swoją porcję miłości i troski czeka ogród ziołowy, pomidory cherry w donicach, dalie, fasola, kukurydza, rukola, która sama się wysiała i wymaga chirurgicznego usuwania chwastów, które chcą ją ze wszystkich sił zagłuszyć, że nie wspomnę o gnojówce z pokrzywy, o której pisałam z czułością rok temu, a która ciągle czeka na nastawienie w roku bieżącym! Doba jest za krótka!

Jak wiadomo, wszystko w tym roku jest szybciej. Dwa dni temu rwaliśmy u Pani Teresy papierówki. Zajrzałam do zdjęć z ubiegłego roku, analogiczna akcja miała miejsce 30 sierpnia! Bociany - w tym roku mamy dwoje dzieci, latają już od dobrego tygodnia, trzepocząc nieporadnie skrzydłami nad naszym dachem. To też co najmniej dwa tygodnie wcześniej niż zazwyczaj! Natura głupieje na skutek destrukcyjnej działalności człowieka. 



Właśnie „obchodziliśmy” Globalny Dzień Długu Ekologicznego (Earth Overshoot Day). Smutna to data! W tym roku było to 2 sierpnia. To dzień, w którym ludzkość wykorzystała wszystkie przypadające na dany rok zasoby i od tego dnia zaczęła żyć na kredyt. Dzień długu ekologicznego każdego kolejnego roku przypada coraz wcześniej. Po raz pierwszy obliczeń dokonano w 1987 roku. Wtedy GDDE wypadł 24 grudnia, jeszcze w roku dwutysięcznym był to 1 listopada, ale już w 2010 był to 27 sierpnia. Reasumując, od 2 sierpnia 2018 roku zużywamy więcej zasobów niż jest się w stanie odrodzić, co prowadzi do wymierania gatunków, wyczerpania łowisk, znikania lasów i postępującej degradacji środowiska naturalnego.

Jedną z głównych przyczyn takiego stanu rzeczy jest produkcja żywności, a przede wszystkim hodowla przemysłowa zwierząt. Skutkami hodowania zwierząt na masową skalę są między innymi: wymieranie gatunków, degradacja siedlisk, zanieczyszczenie i utrata żyznych gleb, ocieplanie klimatu, wysoka emisja gazów cieplarnianych, zatrute wody i powietrze. Opieram się na informacjach ze strony CIWF (Compassion in World Farming) założonej w 1967 roku.

Globalny przemysł hodowlany odpowiada za 14,5% emisji gazów cieplarnianych, a zatem więcej niż transport samochodowy, kolejowy i lotniczy razem wzięte.

1/3 światowych plonów zbóż przeznaczana jest na paszę dla zwierząt hodowlanych! Gdyby służyły jako żywność dla ludzi, można by nimi wykarmić około 3 miliardów ludzi.

Na terenie Unii Europejskiej marnowane jest rocznie 88 milionów ton żywności, co w przeliczeniu na jednego obywatela daje 173 kg! Polska zajmuje niechlubne 5 miejsce pod względem marnowanie żywności w UE.

Ratunkiem dla Ziemi może być ograniczenie spożycia mięsa i produktów pochodzenia zwierzęcego. Już jedzenie mięsa jednego dnia w tygodniu powoduje znaczącą różnicę dla środowiska. To apel CIWF.

Na szczególną uwagę w trosce o Ziemię zasługują pszczoły, których los jest zagrożony. Z szacunków wynika, że ponad 300.000 gatunków roślin (ok. 87%.) na świecie jest zapylanych m.in. przez pszczoły. Bez pszczół i innych owadów zapylających, nie wyrosną ogórki, pomidory, czereśnie i wszystkie inne skarby! W 2016 roku świat obiegły zdjęcia chińskich rolników chodzących po drzewach owocowych i zapylających kwiaty, bo pszczoły wymarły na skutek nadmiernego używania pestycydów. Wkrótce będzie to zwyczajny widok wszędzie na świecie. 



Zaraz jeszcze wrócę do pszczół, ale najpierw historyjka z Żuław. Jechałam sobie któregoś dnia małą wiejską drogą, taką nawet bez utwardzonej nawierzchni, co to stanowi dojazd do kilku zaledwie domostw i widzę cudnej urody zielony groszek na polu. Ani chybi Pani Krysi, bo na wprost chałupy. Przemknęło mi przez myśl, żeby takiego groszku kupić, ale wtedy nie miałam czasu, żeby się zatrzymać, no i minęło ileś dni, nim sobie o groszku znowu przypomniałam. Tym razem pojechałam po groszek specjalnie. Z koszykiem i planem na zrobienie zdjęć ślicznym strączkom. Zastukałam do drzwi i wyłożyłam sprawę. I widzę zakłopotaną minę Pani Krysi i czuję, że groszku nie kupię, ale jeszcze nie wiem dlaczego.

– Oj, Pani Kasiu, spóźniła się Pani. Jeszcze tydzień temu groszek się nadawał do jedzenia, ale teraz już nie, bo popryskaliśmy Roundapem.

I rzeczywiście, spojrzałam na groszek, który jeszcze tydzień temu był urzekająco zielony, a teraz pożółkł i się skurczył. Pokiwałam głową ze zrozumieniem i z bólem przeszywającym całą moją duszę wróciłam do domu! Myślicie, że to moja egzaltacja?! Być może! Ale jest to też bezpośrednia konfrontacja z ponurą rzeczywistością! O opryskach glifosatem (substancja czynna preparatu Roundup produkowanego przez firmę Monsanto, a także wielu innych środków o innych nazwach) naturalnie słyszałam, ale co innego słyszeć, a co innego zobaczyć to na własne oczy.

Tu dla mieszczuchów dwa słowa wyjaśnienia. Oprysk, o którym mowa, to desykacją i służy równomiernemu „dosuszeniu” roślin. Działa to tak - glifosat hamuje działanie enzymu, który jest roślinom niezbędny do wzrostu. Pozbawiony jego funkcji organizm nie jest w stanie produkować białek. Rośliny żółkną i w ciągu kilkunastu dni do kilku tygodni od oprysku umierają. Rolnik zbiera swój plon, młóci, sprzedaje i nie ma strat wynikających z zebrania niedojrzałych roślin!

Teraz uwaga! W Unii Europejskiej glifosat został oficjalnie zabroniony jako preparat do desykacji ze względu na możliwe działanie kancerogenne! Jak widać regulacje sobie, a życie sobie! Przykład, który opisałam to zaledwie atom całości. Ileż tam tego groszku było - tysiąc, może półtora tysiąca metrów! Ale z takich atomów składa się Polska! Pani Krysia wie, że plon popryskany Rounupem nie nadaje się do jedzenia, sama nie zje i znajomym nie pozwoli. Nie przychodzi jej jednak do głowy, że inni rolnicy robią to samo i w efekcie wszyscy pasą się skażoną żywnością!

Trzeba sobie uświadomić, że proces desykacji przeprowadzany przy użyciu dopuszczonych w Unii Europejskiej preparatów (to nie oznacza wcale, że są zupełnie nieszkodliwe) jest powszechny jak Unia długa i szeroka. Opryskiwane są głównie rośliny strączkowe, ale też zboża i rośliny oleiste! Czyli, na przykład, nasze polskie, tfu, na psa urok, złoto czyli rzepak! Nie wyznawałam tego chyba jeszcze, a więc nadarza się okazja – nie kupuję oleju rzepakowego! Rzepak opryskuje się herbicydami 7 razy w sezonie, potem ta nieszczęsna desykacja, no a potem rafinacja! O ile można kupić olej rzepakowy bio, to nierafinowanego dostać nie można! Jest zbyt wrażliwy i skory do psucia. Pytacie co zamiast? My używamy oliwy z oliwek extra vergin, która nie jest rafinowana. Jest do tego jednym z najstabilniejszych tłuszczów, bo bez wydzielania szkodliwych substancji wytrzymuje temperaturę 160 stopni. Akurat do naszych domowych zastosowań wystarcza. W głębokim tłuszczu, który trzeba rozgrzać bardziej, w zasadzie nie smażymy

I zgodnie z zapowiedzią wracam do pszczół, bo ich temat łączy się z glifosatem! Właśnie opublikowano badania miodu wyprodukowanego przez pszczoły na hawajskiej wyspie Kauai i sprzedawanego w tamtejszych sklepach. W 1/3 badanych miodów znalazł się glifosat (ten z Roundupu). Znalazł się on także u 27% pszczół. W USA nie ma normy dla zawartości glifosatu w miodzie, ale zmierzone wartości trzykrotnie przekraczały normy europejskie. Choć wysepka jest mała, to ma swoje monokultury, a także pola golfowe, które traktuje się Roundupem! Tak oto Raj powoli zamienia się w Piekło!


O tym, że polski minister rolnictwa Krzysztof Ardanowski dopuścił zabójcze dla pszczół  neonikotynoidy w uprawach rzepaku, chyba wszyscy słyszeli. Raporty Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) wskazują, że neonikotynoidy przedostają się do gleby i wód, a stamtąd także do innych roślin. Utrzymują się w środowisku niezwykle długo. Kierując się dobrem owadów zapylających, swoje własne zakazy, bardziej restrykcyjne niż zakaz unijny, wprowadziły Francja, Austria i Niemcy oraz częściowo Holandia", podaje Greenpeace.

Wiem, że trochę tu lamentuję po próżnicy, bo jeśli nie ma się możliwości wyprodukowania szerokiego spektrum ekologicznej żywności we własnym zakresie, to pozostaje zdanie się, w mniejszym lub większym stopniu, na  jedzenie „bez rodowodu”. Ale tu możemy dokonywać pewnych wyborów i choćby rośliny strączkowe i kasze, z wyżej wskazanych powodów, kupować ze znakiem bio lub eko. Oczywiście najlepiej, żeby wszystko było eko, ale w ten sposób łatwo pójść z torbami! 



Natomiast relatywnie tanie jest dogadzanie pszczołom, wymaga jedynie trochę inwencji w postaci posadzenia roślin miododajnych i wcale nie trzeba mieć od razu hektarów ziemi, bo można to zrobić na balkonie czy tarasie w donicach. Świetnie nadają się do tego zioła jak tymianek, oregano, kocimiętka, ogórecznik, lawenda czy kwiaty jak nagietki i dalie, a także warzywa i owoce w doniczkach - pomidory czy poziomki lub truskawki. U nas w ogrodzie największe oblężenie przeżywają maliny - w słoneczny dzień gałęzie ruszają się od pasących się na nich owadów. Wielką popularnością cieszą się ogóreczniki, które siałam w ubiegłym roku, a w tym wysiały się same! No i dalie, w których non stop gospodarują pszczoły i trzmiele.

Reasumując, wprawdzie los Naszej Planety wisi na włosku, ale nie wszystko stracone! Nie czyńmy sobie Ziemi poddaną. Dajmy jej trochę odsapnąć!



Dzisiaj przepis na przekąskę Eko & Planet Friendly, bo z własnych donic! Podlewane wodą po myciu ogórków! Chyba pomidory nie mają mi tej wody za złe, hę? A zatem kiszone pomidorki koktajlowe do szybkiego zjedzenia. Pyszne, orzeźwiające i zdrowe, bo fermentowane! Błyskawiczne do zrobienia, a do jedzenia po dwóch, trzech dniach jako dodatek do czego tam chcecie! Zastosowanie takie samo jak ogórków małosolnych. No to robimy!

PRZEPISIK

1/2 kg pomidorków koktajlowych najlepiej na gałązkach, ale mogą być osobno. Moje były w różnym stopniu dojrzenia, tak jak krzak je wyprodukował.


3-4 pokrojone w piórka szalotki albo jedna cebula najlepiej cukrowa


świeży koper (2-3 badyle)


główka średniego czosnku (ja dałam dwa maluchy)


świeże zioła według upodobań, ja dałam gałązki rozmarynu i szałwii

Zalewa


1 łyżka soli na litr wody. Woda przegotowana, posolona i ostudzona do ciepłej.

Wykonanie

Do przygotowanego, wyparzonego słoika włożyć koper i ząbki czosnku, albo żeby sobie ułatwić przekroić czosnek w połowie ząbków. Ułożyć gałązki z pomidorami, żeby ich w miarę możliwości nie pourywać, na zmianę z ziołami. Zalać zalewą, żeby całkowicie zakrywała wszystkie składniki. Gdyby pomidorki nie były na gałązkach, to całość należy lekko przycisnąć talerzykiem, a następnie zamknąć słoik. Proces powinien odbywać się bez dostępu tlenu. Można się do słoika dobrać już po dwóch dniach, ale nie później niż po pięciu, bo popękają.

Można także ukisić zwykłe pomidory, ale muszą być niedojrzałe, najlepiej takie dopiero zaczerwieniające się. W tym przypadku jednak pomidory należy pokroić. Reszta pozostaje bez zmian. Ta sałatka jest najlepsza następnego dnia.


A zatem do boju!




2 komentarze:

  1. A gdyby do tego Małosolnego Słoja Rozmaitości do rzucić kilka Baby patisonków, hę ...? No ale ogólnie to fajoskie.

    OdpowiedzUsuń