wtorek, 2 grudnia 2014

Wykiwajmy zimę, nim ona kiwnie nas!


O godzinie 18.00 za oknem było mroczno i zimno, a ja wodziłam palcem po grzbietach książek, w poszukiwaniu historii, z którą chciałam zanurzyć się w pachnącej pianie. W tle pogrywało jakieś radyjko i parzyła się herbata. Z błogiego zamyślenia wyrwało mnie wesołe w tonie pytanie Pana Domu:

-  Jedziemy do Piotra i Pawła po halibuta? 
- Po…halibutaaa? - powtórzyłam pytanie, dając sobie czas na odpowiedź i próbując w myślach policzyć czas potrzebny na przeprowadzenie takiej operacji - 15 minut dojazd, 15 minut w sklepie plus 15 minut powrót. A więc za 45 minut powinnam odkręcać wodę do wanny. 
- Dobrze - usłyszałam własny głos, podczas gdy mój środek miotał się bezgłośnie - do dupy z taką asertywnością! 
- Na rowerach! - zabrzmiał ponownie znajomy głos, który przybrał teraz aksamitny odcień. Powinniśmy się trochę ruszyć - dodał, spodziewając się oporu. Cięcie (przerwa na cucenie bohaterki).

Trzeba być twardym, a nie „miętkim”. Jedziemy! 16 km! Tyle, że nie będzie to 15 minut w jedną stronę, tylko 40! Podeszłam do okna. Na termometrze minus 4, odczuwanie minus 11, a pewnie należy jeszcze coś odjąć na pęd powietrza - będzie razem z minus 14. Huh…! A więc bielizna narciarska! Trzeba chronić szpik kostny ;o) Potem polar, spodnie rowerowe, pikowana kurtka do kolan i czapka uszanka ze sztucznego futerka. Do tego rękawice narciarskie. Cięcie.


Mission accoplished! Dzwonka halibuta dojechały w kieszeniach kurtki Pana Domu pod sam piekarnik, ale półtorej godziny manewrów rowerem na mrozie, a w konsekwencji utrata czucia we wszystkich dwudziestu palcach, roznieciły we mnie mieszczańską tęsknotę za ogrzewanym pomieszczeniem. Mimo tego zawstydzającego pragnienia, czułam się jak Odarpi syn Egigwy po upolowaniu morsa! Hej!

No więc mamy początek grudnia, i póki co nie będzie lepiej, tylko gorzej. Na walkę z myślami samobójczymi nie wystarczą endorfiny wytoczone na lodowcowym rowerku czy wygenerowane „Michałkami z Wawelu”. Powiem więcej, nadmiar „Michałków z Wawelu” powróci myślami samobójczymi na wiosnę! Wiemy, o co chodzi, prawda? Siedzenie przy kaloryferze też nie sprawdza się w dłuższej perspektywie. Niezbędne jest wzmocnienie organizmu do walki z niesprzyjającymi okolicznościami zewnętrznymi burzącymi harmonię ducha i ciała! 

My zwróciliśmy się ku NATURZE skupionej w „archetypowo” polskich warzywach! To jako główny nurt! Natomiast dorzeczem jest szeroko pojęta oferta owocowo-warzywna! A wszystko na SUROWO!



Zalecenia dietetyczne dotyczące spożywania warzyw są jasne! Powinno się jeść je 5, a nawet 7 razy dziennie, najlepiej surowe właśnie. W zasadzie trudno je przedawkować, bo mają niewiele kalorii, za to ogromne ilości witamin i soli mineralnych, które organizm sam potrafi sobie dawkować (nie dotyczy to suplementów w pigułkach!). Mimo, że każdy jest gotów twierdzić, że prawidłowo się odżywia, to wiadomo jest, że wszyscy jemy za mało warzyw! I nie ma się tu co rzucać! Trzeba coś z tym zrobić!


Królestwem Niebieskim rządzą KAPUSTNE czyli: kapusta biała, czerwona, włoska, pekińska, chińska, brokuł, jarmuż, brukselka, kalafior i kalarepa! Ale też nie chciałabym „nikogo” dyskredytować, tylko dlatego, że jest konstytucją korzeniową, albo liściową! Seler, pietruszka, burak i szpinak też mają sporo do zaoferowania! Tylko jak to wszystko na surowo zjeść, jak nie jest się zającem?


Jak nie można zjeść, to trzeba wypić! Tyle, że soki warzywne są raczej „niepijalne”. Dlatego potrzebują dodatku owoców. I choć, gdy mam wybór, to zawsze wybiorę owoc do zjedzenia, a nie do wypicia, to w tej sytuacji soki owocowe posłużą jako środek, a nie jako cel!


Teraz jeszcze potrzebna jest maszyna i NIE jest to sokowirówka. Soki, o jakie nam chodzi robi wyciskarka ślimakowa! Sokowirówka jest bezradna w przypadku liści, a tych mamy trochę w swoich planach.

Sokowirówka ściera owoce czy warzywa na szybko obracającej się tarczy i odwirowuje sok, wyciskarka natomiast miażdży, a następnie wyciska. Ciekawą informacją dla „muszek szczerbinek” może być to, że wyciskarka obraca się od 34 do 72 razy na minutę, podczas gdy sokowirówka od 6 do 12 tysięcy. Tak szybkie obroty sokowirówki wytwarzają temperaturę, która niszczy witaminy.


A tu niespodzianka! Poniżej filmik, który własnoręcznie nagrałam i zmontowałam z trzech ujęć! Jest to wyciskarka w akcji. Roman Polański twierdzi, że nie musi trząść kamerą, żeby zrobić dobry film! Ale niech spróbuje robić film i sok jednocześnie i nie trząść! Czekam Roman! 


video

Wyciskarka natomiast przy swoich obrotach traktuje witaminy z należną im delikatnością. Co jeszcze - używając wyciskarki nie informujemy wszystkich sąsiadów i połowy ulicy, że robimy sok, bo nie robi takiego potwornego jazgotu jak sokowirówka.

My wpadliśmy w te soki, jak dziki na pole kukurydzy! Szaleństwo! Ależ poleciało pęczków natki pietruszki, kapusty, brokuła, buraka, brukselki! Łączenie wszystkiego ze wszystkim. Kompletnie nie dawało się to pić!  Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że sok w kolorze wody po umyciu podłogi dworca centralnego, nie jest smaczny! Po początkowej euforii zaczęliśmy ostrożniej łączyć składniki, dbając o uzyskiwanie czystych kolorów. Do trudnych warzyw podeszliśmy z mniejszym rozmachem, za to wprowadziliśmy nieco więcej owoców - jabłek, pomarańczy, kiwi, gruszek oraz marchewki. Z umiarem wszakże, ze względu na zawarty w nich cukier.


Wyciskarka ma jeszcze jedną niezwykle istotną zaletę! Dzięki dwóm sitkom o różnej wielkości otworach, można wpływać na gęstość soku, co oznacza, że używając sitka o większych otworach dostajemy nieomal przecier, który ma ogromne ilości błonnika. Ten z kolei bardzo skutecznie syci, ale też porządkuje pewne sprawy w przewodzie pokarmowym. Zauważyłam, że od kiedy piję soki, o wiele mniej jem. Tych niepotrzebnych rzeczy ;o)


Ślimak na zdjęciu poniżej, to serce maszyny! To on miażdży dla nas warzywa i owoce.


Udało nam się stworzyć kombinacje o wyjątkowych smakach (bez ironii)! Za każdym razem sok jest inny, bo nie odmierzamy składników po aptekarsku, tylko z artystyczną nonszalancją! Soki z dominacją warzyw mają większą głębię niż „pyszne” soki owocowe. Są jak muzyka symfoniczna przy disco polo!


Jeśli kogoś zachęciłam lub/i przekonałam, to pozostaje jeszcze wybór maszyny. Gdyby ktoś chciał skorzystać z naszych doświadczeń, to bardzo proszę. Kupiliśmy wyciskarkę amerykańskiej firmy Hurom. Mają niewyobrażalnie dużo modeli. Konia z rzędem, kto odgadnie różnice między nimi. Nasz model jest ze średnio niskiej półki Hurom 500 HE HE-BB104 , a i tak kosztuje 1 300 zł! Na dodatek kupiony na niemieckim eBayu, bo w Polsce był o 200 zł droższy.


Gdy ktoś nie chce wydać tyle pieniędzy, może postąpić podobnie jak moja mama, która podeszła z większym sceptycyzmem do inwestycji i wybrała maszynę belgijskiej firmy Kalorik, płacąc za nią 390 zł. Zasada działania jest identyczna, a nawet i niektóre części też. Hurom wyprodukowany w Korei, a Kalorik w Chinach. Gołym okiem widać jednak, że materiały, z których zrobiony jest Hurom są porządniejsze i urządzenie jest zdecydowanie stabilniejsze podczas pracy! Do wyciskania soków dla większej rodziny, pewnie lepiej się sprawdzi. Nie potrafię zrecenzować silnika, czas pokaże!

Padło tu wyżej słowo suplementacja. Warto w okresie jesienno-zimowym dostarczać organizmowi witaminę D3, bo jej 90 procent jest syntetyzowane w skórze pod wpływem promieniowania UVB, czyli promieni słonecznych, z którymi teraz się nie widujemy. Kapsułki należy przyjmować od października do kwietnia. Powinno się także suplementować kwas foliowy, który jest kapryśny jeżeli chodzi o wchłanianie, ale akurat w tym przypadku ten syntetyczny jest skuteczniejszy od źródeł naturalnych.

Życzę milionów kolorów w duszy i idę wytłoczyć sok! Dziś będzie na zielono!


ps. Dzwonka halibuta są dowożone do Piotra i Pawła 3 razy w tygodniu i kosztują 35 zł/kg. Niehodowlana, morska ryba, która żywi się tym, co chce! Warto się po nią udać, choć może nie koniecznie na rowerze!

4 komentarze:

  1. Film obejrzałam 4 razy pod rząd! Za każdym razem ściska mi się ze wzruszenia gardło kiedy widzę zmiażdżone buraki w zwartych klockach, które spadają, w dół, w dół ku nicości- ku zatracie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Specjalnie dla Ciebie, mogę zmontować tak, że będą się cofały do Centrali! ;o) Ale co tam kierunek, liczy się dzieło. Sama się nauczyłam, ale mówią, że program do edycji intuicyjny! Czuję, że NOWE przede mną! ;o)

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny "odcinek" !Znowu śmiałam się do łez! :) Fedora

    OdpowiedzUsuń
  4. Ładnie to tak się śmiać z cudzej opresji!? Zresztą co Wy w tym Wrocławiu wiecie o życiu, skoro tam temperatura zawsze na plusie! ;o)

    OdpowiedzUsuń