piątek, 30 maja 2014

Viva EATALIA!


Lista grzechów ciężkich, jakie może popełnić we Włoszech człowiek/kobieta, który się odchudza jest długa jak rzeka Pad! Jak każdy włoski region, także Lombardia ma typowe produkty i dania, z których słynie i które nie mają sobie równych! A przynajmniej tak uważają Lombardczycy. 


Ja jednak, odkąd pierwszy raz w życiu zjadłam burratę, zawsze po drodze z lotniska, gdziekolwiek jestem we Włoszech) jadę do sklepu, żeby już na samym początku pobytu przeżyć z nią kilka błogich chwil. Burrata pochodzi z Puglii, więc kupowanie jej w Mediolanie jest pewną niezręcznością. Coś jak kupowanie w Warszawie krakowskich precli. Na północy Włoch nie ma tak ogromnego wyboru tego sera, jak w puglijskim Bari, nie jest też tak pyszny, ale nie wybrzydzam!

Burrata z zewnątrz podobna jest do mozzarelli. Wygląda jak biała kulka, choć w istocie jest… woreczkiem zawiązanym sznureczkiem! 



Tradycyjnie owijana była w liście złotogłowu - ich świeżość  gwarantowała przydatność burraty do spożycia. Ta  kupowana w supermarkecie w Mediolanie zawinięta jest w zielony plastik imitujący liście.

To, co stanowi woreczek jest ma konsystencję i smak mozzarelli właśnie, ale środek ma kremową, śmietankową konsystencję, jest delikatny, lekko ciągnący, rozchodzący się po podniebieniu jak chmurka. Przed popłakaniem się ze wzruszenia powstrzymuje mnie jedynie świadomość, że ten obłoczek ma 305 kcal w 100g oraz ok. 25 % tłuszczu, brrrr… Nieco ratuje sytuacje białko, ok. 19%.

  

Burrata bywa w Almie. To jednak nie to samo! Chociaż i tak za te pieniądze nikt normalny jej nie kupi!

Ale ciągle jesteśmy w supermarkecie „na serach”. Po miękkim, pora na twardy. Ser Grana Padano wyrabiany od IX wieku, pochodzi z doliny Padu (jej zawdzięcza nazwę), a więc teraz geograficznie i etycznie jesteśmy w porządku.
W wielkich ladach chłodniczych piętrzą się kilogramowe i cięższe graniastosłupy mniej i bardziej dojrzałych serów. Najmłodsze mają 16 miesięcy, ale są 20 i 24 - miesięczne. Bierzemy bryłę, która dochodziła do nas przez 20 miesięcy.



Prawdziwym entuzjastą tego sera jest mój Towarzysz Podróży, znany już Państwu jako Pan Domu. Grana Padano czy Parmezan (ten sam typ sera, tylko z okolic Parmy) łatwiej kupić w Polsce niż burratę. Warto natomiast doczytać się czy nie poczęstowano go konserwantami! Tak, tak! Ponury znak czasów! Panie w sklepie zwykle współpracują i poproszone, odczytują z wielkich bloków skład.

Następna ważna wskazówka! Nasza włoska przyjaciółka Donatella, nakazuje trzymać Grana Padano (dotyczy to także Parmezanu) w papierowej torbie, w przewiewnym miejscu, ale nie w lodówce. Wytrzyma tak nawet kilka tygodni. Może tylko trzeba brać poprawkę, że Donatella mieszka w XVII wiecznym kamiennym domu, a nie w bloku wybudowanym w oszczędnej technologii. Inne przewiewy! ;o)

Na Grana Padano nie kończą się słabości Towarzysza Podróży. Najpierw twierdzi, że tym razem nie kupuje Gorgonzoli, ale gdy się z nią widzi, ulega! Wybiera Gorgonzolę „dolce” to znaczy taką, która dojrzewała około dwóch miesięcy czyli łagodniejszą od tej leżakującej dłużej.


Niebieska pleśń przerastająca ser to penicillium glaucum, to samo żyjątko, co we francuskiem Roqueforcie. Gorgonzola to kolejny lokalny produkt - miejscowość o tej samej nazwie leży w połowie drogi między Mediolanem a Bergamo! 

Dwa kroki od lodówek z serami są półki z pieczywem. Zagłuszając poczucie winy biorę Taralli! To boskie małe precelki, także specjalność południa Włoch. Robione są z mąki pszennej, oliwy z oliwek, białego wina i drożdży - to wersja podstawowa. Ale przyprawiane są pieprzem, kminkiem, chilli, anyżem i innymi ziołami, oczywiście nie wszystkimi na raz! Kombinacja z anyżem nie jest moim żywiołem.


W sekcji makaronowej, po długiej dyskusji i analizie składu wszystkich makaronów znajdujących się w sklepie (20 metrów bieżących półek po cztery w pionie) i po gwałcie na Towarzyszu Podróży, który upierał się przy makaronie z pełnego przemiału o zawartości błonnika 10 gr w 100, bierzemy kolorowe Trecce dell'orto czyli „warkocze warzywne”.



Tym razem zwyciężyły względy estetyczne. Ale proszę nie pomyśleć, że to jakaś makaronowa lipa! Przyzwoity makaron z pszenicy twardej czyli durum. Taki makaron zachowuje się w człowieku podobnie jak kasze, to znaczy węglowodany rozkładają się powoli i na długo dają uczucie sytości. Warunkiem jest jednak krótkie gotowanie. Rozgotowany makaron jest łatwiejszy do przerobienia na glukozę, a więc ma większy potencjał, żeby człowieka utuczyć. My zwykle gotujemy makaron krócej niż wskazano na opakowaniu. Ten kolorowy na przykład gotowaliśmy 7.30 min, mimo zalecenia 10-12 min. Był doskonały! Trzy wykrzykniki!!!



Warkocze po ugotowaniu. Kolor zawdzięczają burakom, marchwi, kurkumie, bazylii, szpinakowi oraz atramentowi z kałamarnic.


Na oleju ryżowym został podsmażony czosnek z posiekaną papryczką chilli, następnie dodana posiekana pietruszka z miętą i nieomal w tej samej chwili ugotowane szparagi i makaron. Całość została polana dwoma łyżkami oliwy z oliwek i posypana pieprzem. Sól była dodana jedynie do gotowania makaronu.



Skoro jesteśmy przy makaronie (który doczekał nawet muzeum w Rzymie), bezdyskusyjnie znaku firmowym Włoch, warto wspomnieć, że w Mediolanie z makaronem ściga się risotto! Złośliwi twierdzą, że wysoka pozycja tego dania wynika z rozsądku mieszkańców. Jak ugotuje się za dużo, to podgrzewa się następnego dnia. Nic się nie marnuje!
Z makaronem taka sztuka już się nie uda! Żaden Włoch nie zje podgrzanego makaronu! Nie weźmie też do ust rozgotowanego! Takie coś się wyrzuca!

Kilka lat temu risotto zaistniało w szczególny sposób moim życiu. Jechaliśmy pierwszy raz do Donatelli, w pobliże Novary. Zostaliśmy zaproszenia na lunch do jej rodzinnego domu. Po drodze mijaliśmy zalane pola, dziwując się skąd takie podtopienia, skoro ostatnio niewiele padało, a i śnieg z pobliskich gór, co miał stopnieć, to już stopniał.



Kilometry takich pól. To w pobliżu Novary.


Na miejscu powitała nas cała rodzina mieszkająca w wielopokoleniowym domu - Donatella z mężem i synem, jej brat Giulio i 83-letnia la Mamma. Nawiasem mówiąc, ta nobliwie wyglądająca, drobniutka staruszka odrzuciła w młodości starania kolegi z Novary Oscara Luigi Scalfaro! W latach dziewięćdziesiątych był prezydentem Włoch (zmarł w marcu tego roku). W kuchni, do której wchodziło się wprost z podwórka, otworzono szampana i po wymianie zapoznawczych uprzejmości, nestorka rodu wskazała wejście do salonu. 

Tam, naszym oczom ukazał się gigantyczny stół zastawiony jak na przyjazd Papieża Franciszka! Miał być niezobowiązujący lunch! Kremowa porcelana, srebrne wypolerowane sztućce, kryształowe karafki na wodę, wykrochmalone serwetki, bukiety kwiatów i półmiski z mięsami. Nogi ugięły się pode mną - na wszystkich talerzach martwe zwierzęta w najróżniejszej postaci. Szynki w kilku kolorach - gotowane, wędzone, pieczone; kiełbasy, co najmniej trzech grubości i faktur, boczek, salami i inne rzeczy, których, jako wegetarianka od przeszło dwudziestu lat, nie jestem w stanie nazwać. Z jadalnych rzeczy dostrzegam jedynie oliwki, pomidory i pieczywo. Dla mnie pyszny lunch, ale katastrofa pewna, gdy odmówię zjedzenia mięsa. 

Akcja się zaczyna - Giulio, uśmiechając się zachęcająco, podnosi w moją stronę wielki półmisek. Sono vegetariana - mówię przez ściśnięte gardło, bo wiem, że z dwojga złego to lepsze, niż żucie jedzenia, które będzie mi rosło w ustach. Wszyscy milkną i patrzą na siebie, na stół i znowu na siebie. Nie ma Felliniego - bardzo szkoda, bo materiał filmowy pierwsza klasa! Nagle, z werwą niestosowną do wieku, podrywa się z krzesła la Mamma i znika w kuchni. Po piętnastu minutach wraca z talerzem pachnącego ziołami żółtego risotto, które zrobiła specjalnie dla mnie! Było to danie, jakiego nie zapomina się do końca życia. Oczywiście zapracował na to także kontekst. W naturalny sposób wywiązała się rozmowa na temat ryżu i wyjaśniła się tajemnica zalanych pól. Były zalane, bo rósł na nich ryż! Giulio jest jednym z plantatorów! Z dumą pokazywał nam specjalny traktor do uprawy ryżu, który ma gigantyczne stalowe koła zamiast gumowych, do jeżdżenia po podmokłym gruncie.




Tyle wspomnień, a tymczasem sklepowe alejki doprowadziły nas do działu z rybami. Nie wiem czy Państwo zdają sobie sprawę, że Włosi zajmują drugie miejsce, po Japończykach, jeżeli chodzi o spożycie ryb. Na jednego Włocha przypada 25 kg. Chociaż akurat Lombardia zaniża te statystyki i jej kuchnia tradycyjnie w ryby nie obfituje, to jeden z większych targów rybnych znajduje się właśnie w Mediolanie. 

My kupujemy 2 kilogramy małż. Pierwszym kryterium jest łatwość przygotowania w obcej kuchni, a drugim cena! Zwykle kilogram kosztuje 2.20, ale trafiamy na promocję i kupujemy po jednym euro za kilogram! Małże będą daniem niskokalorycznym (w przeciwieństwie do wszystkich innych). Przygotowane na parze mają 104 kcal w 100 g. Planujemy połączenie małż ze szparagami, kupujemy jeszcze pomidory (będzie osobny felieton), zieloną pietruszkę, seler naciowy, oliwki, arbuza i Towarzysz Podróży wybiera wino.



Małże zostały ugotowane na parze. Do dużego garnka wlewamy się 5 cm wody. Do gotującej wody wrzucamy umyte wcześniej małże i przykrywamy pokrywkę. Kilka razy trzeba wstrząsnąć garnek, żeby małże z góry powędrowały na dół. Gdy się otworzą, wyjmujemy je z garnka, ale nie wylewamy wody. 

Gotujemy w niej pokrojone szparagi (główki dodajemy na końcu). Dorzucamy pokrojony seler naciowy na dwie minuty. 

Małże, szparagi, seler, posiekaną pietruszkę, dwie łyżki oliwy z oliwek i pieprz mieszamy, wykładamy na talerze i posypujemy startym Grana Padano! Pragniemy, żeby ta uczta nigdy się nie skończyła! Zapominamy o odchudzaniu! Wypijamy kieliszek wina! O mamma mia!


Trudno wizytę w Mediolanie ograniczyć jedynie do sprawozdania ze sklepu spożywczego! Wszak w smacznie odżywionym ciele ożywają potrzeby duchowe! Muszę przyznać, że nie jest to moje ulubione włoskie miasto, ale na pewno można tu fascynująco przeżyć tydzień, a może i dwa. Tym bardziej, że Alitalia promuje, uruchomione pod koniec marca połączenie, z Warszawy na lotnisko Linate, które jest zaledwie 7 km od centrum! Warto polecieć, choćby po to, żeby opić się jak bąk oszałamiającym espresso!

Nie chcę wydawcom przewodników odbierać chleba, więc tym, którzy wybiorą się do Mediolanu zaproponuję spacer, taki na 3- 4 godzinki, w zależności od przerw na kawę czy jedzenie. Przeszliśmy tę drogę teraz z wielką przyjemnością! 

Początek trasy jest na stacji metra Porta Garibaldi. Po wyjściu spod ziemi należy wypatrzyć Unicredit Tower (to łatwe, bo to najwyższy budynek we Włoszech) i pójść w tamtą stronę.



O ile sam budynek nie wywołuje chęci wysłania architektowi kwiatów, to plac, który ten budynek otacza ma rozmach i wielkomiejski charakter. Przypomina trochę Potsdamer Platz w Berlinie czy londyńskie doki. Przedsięwzięcie nie jest jeszcze skończone, ale w planach jest symbioza terenów zielonych z mieszkalnymi, handlowymi i biurowymi.



Na placu jest księgarnia sieci Feltrinelli z kawiarnią wśród książek. Tu można wypić pierwsze espresso. My wypiliśmy!



Kupuję to motto dla siebie! Z tym, że EAT LESS ;o)


Po kawie warto zatoczyć małe kółko i zobaczyć z bliska zachwycające budynki. Nigdzie czegoś podobnego nie widzieliśmy! Padliśmy na kolana! Ja bardziej! 



Tak wyglądał transport drzew na docelowe miejsca.



Jak wspomniałam, jest tam jeszcze wiele do zrobienia.



Wędrówkę kontynuujemy z placu z fontanną i kawiarnio-księgarnią. Idziemy w kierunku zabawnego „gadżetu architektonicznego”  - rur, dzięki którym można rozmawiać z kimś znajdującym się piętro niżej. Pod warunkiem, że obie osoby wcelują w tę samą rurę!




Idąc prosto, docieramy do ulicy legendy Corso Como. 



Najbardziej znany adres na tej ulicy to Corso Como 10. W tym miejscu króluje Carla Sozzani, siostra Francy Sozzani redaktor naczelnej włoskiego Vogue'a od 1988 roku, kobiety instytucji, podobnie jak Anna Wintour, naczelna amerykańskiej edycji. 






Carla Sozzani prowadzi galerię fotograficzną, księgarnię z artystycznymi książkami i designerskimi przedmiotami. Na dachu jest tajemniczy pusty taras, na który prowadzą cudne kręte schody. 






Na dole jest restauracja i outlet z odzieżą. Nie należy robić sobie wielkich nadziei na zakupy, no może na spinkę do włosów można by się szarpnąć. Ale na galerię, księgarnię i sałatkę lub kawę naprawdę namawiam.

Corso Como ma dużo kawiarenek, barów, sklepów firmowanych nazwiskami znanych projektantów i mnóstwo klimatu.



Zakochałam się w tej jedwabnej sukni Paula Smitha. Mogłam w niej wyjść ze sklepu za jedyne 1040 euro.



Pod łukiem Monumento di Porta Garibaldi przechodzi się na Corso Garibaldi. To kolejna ulica, po której przechadzają się jak gdyby nigdy nic, projektanci mody.





Radetzky - kultowa kawiarnia i bar. Koniecznie idźcie do toalety! 

Ten odcinek Corso Garibaldi kończy się stacją Metra Moscova, ale ulica ciągnie się dalej. Idąc cały czas prosto można dodreptać do Piazza Duomo, albo w miejscu, w którym Corso Garibaldi przechodzi w via Mercato, można skręcić w prawo, żeby dojść do Triennale di Milano - punkt absolutnie obowiązkowy dla każdego miłującego design!



Powiew nowoczesności - tankowanie prądem samochodu! 

1 komentarz:

  1. Czytam/oglądam ten wpis już 3 raz i za każdym razem, bez pudła reaguję ślinotokiem niczym Pies Pawłowa Co z człowiekiem robi włoski design i kuchnia!

    OdpowiedzUsuń