piątek, 22 stycznia 2016

Dominikana - z czym to się je?


O 5 rano budzą nas koguty, niewiele później „niosą się” ich małżonki, co oznajmiają całemu światu głośnym gdakaniem. Krowy zaczynają muczeć niewiele przed 7, czyli tuż przed godziną dojenia. My próbujemy ze wszystkich sił spać! Idzie nam to coraz lepiej. Mieszkamy na farmie! Nie jest to gospodarstwo pełną gębą! Ani nawet półgębkiem! Krowy i kury należą do ogrodnika, który je tu wypasa, a 15 hektarów posiadłości porastają półdzikie palmy kokosowe, bananowce, kakaowce, mangowce i wszystkie inne rośliny określane na prasłowiańskich ziemiach mianem egzotycznych. 




Posiadłość leży na wzgórzu, z którego widać ocean - to w dzień, a nocą światła miasta Puerto Plata. Do domu prowadzi droga bita, ale z całą pewnością nie wystarczająco! 10 minut jazdy pod górę dostarcza takich samych doznań jak porządny atak padaczki. Ale po kolei!

Jesteśmy na Dominikanie, jednej z karaibskich wysp! To właśnie tu, podczas swojej pierwszej wyprawy do Indii Zachodnich, dotarł w grudniu 1492 roku Cristobal Colon czyli Krzysztof Kolumb i nazwał wyspę Hispaniolą. Teraz Hispaniolę dzielą dwa państwa: Haiti i Dominikana właśnie. Współżyją tak samo jak Paweł i Gaweł, tyle że w poziomie. My podobnie jak Krzysztof, dotarliśmy na Dominikanę w grudniu, tyle że 31, a on 11. Na dodatek wylądowaliśmy z godzinnym opóźnieniem, więc do Nowego Roku, który planowaliśmy przywitać na ulicy w karaibskim stylu, było niewiele ponad 4 godziny.

Pierwszą lekcję dominikańskiego stylu pobraliśmy już w taksówce. W Santo Domingo, a wkrótce okazało się, że w całym kraju, po zmroku jeździ się na długich! Nasz kierowca nie był wyjątkiem! Lewą ręką robił sobie daszek, gdy oślepiał go nadjeżdżający z przeciwka samochód i pruł trąbiąc na wszystko dookoła, gdy tylko opuszczał rękę! Druga lekcja była po dojechaniu na miejsce. Ustalona zawczasu cena za kurs na poziomie 35 dolarow amerykańskich wzrosła do 45, ale ze stanowczością ludzi, po których stronie jest przewaga moralna, wręczyliśmy umówione 35 i zignorowaliśmy pełne irytacji prychanie kierowcy!

W wynajętym za pośrednictwem Airbnb mieszkaniu, żadna żarówka nie miała większej mocy niż stare 20 W, a w wersji energooszczędnej pewnie z 8, więc nastrój już był, pozostawało zrobić herbatę i wybyć na nadmorską Promenadę, gdzie tego dnia, jak co roku, mieli spotkać się mieszkańcy miasta na wspólnej zabawie! Jednak, jakoś tak, pewnie ze zmęczenia podróżą i z różnicy czasu, straciliśmy poczucie rzeczywistości i nagle okazało się, że do północy pozostało zaledwie 40 minut. Resztką sił pokonaliśmy pragnienie, żeby paść do łóżka - w sumie Nowy Rok przywitaliśmy już w samolocie, gdzie nad oceaniczną czeluścią pilot złożył pasażerom życzenia, ale jednak nie honor było tak poddać się bez walki, więc wyruszyliśmy na spotkanie tutejszego Nowego Roku! Znaleźliśmy się na kompletnie pustej i ciemnej, choć dwupasmowej avenida Abraham Lincoln i ruszyliśmy w stronę docierających strzępów muzyki. Tuż przed północą dotarliśmy do ustawionej na jednym pasie jezdni sceny z miotającą się na niej artystką i wrzeszczącym wodzirejem w srebrnym garniturze. Oprócz nas było może ze sto osób siedzących na krawężnikach i w krzakach i popijających jakieś coś z puszek i szklanek. O północy wodzirej wrzasną jeszcze głośniej i z ulgą znaleźliśmy się w 2016. Jak się okazało, przywitaliśmy go na dzielnicowej zabawie, choć słowa zabawa używam na wyrost w stosunku do tego, w czym przez chwilę uczestniczyliśmy.

Pierwszy stycznia jest wszędzie na świecie specyficznym dniem. Do roboty zwlekają się tylko Filharmonicy Wiedeńscy, a reszta ludzi leży odłogiem antycypując swoje noworoczne postanowienia. W tym roku pierwszy stycznia wypadł w piątek, a więc nicość trwała do niedzieli. Mieliśmy wrażenie, że jesteśmy sami w trzymilionowym mieście. To znaczy my i lejący się z nieba żar! Nie ma lepszego sposobu na odkrywanie miasta, niż na piechotę, więc uzbrojeni w butle z wodą i aparat fotograficzny wyruszyliśmy do Zony Colonial wpisanej w 1990 roku przez UNESCO na Listę Światowego Dziedzictwa, jako najstarszej ocalałej europejskiej osady w Nowym Świecie. Po drodze spotkaliśmy dosłownie parę osób i minęło nas kilkanaście samochodów. Puste ulice sprawiały surrealistyczne wrażenie. Czuliśmy się trochę nieswojo, mimo białego dnia. Nieprzyjemne wrażenie potęgowały kraty w oknach. Dosłownie WSZYSTKO jest tu okratowane, a ogrodzenia są owinięte drutem kolczastym jak poligony w czasach PRL-u. Mieszkania do dziesiątego piętra, ganki i tarasiki mają kraty! W witrynach zamkniętych sklepów są zaciągnięte rolety, szczęśliwie że prawie wszystkie są dość fajnie pomalowane. 



Takie samochody, obok najbardziej luksusowych modeli jeżdżą po Santo Domingo! Większość taksówek tak wygląda. Jechaliśmy jedną, która prawie nie miała wyściółki sufitu, i o ile potrafię zrozumieć obite zderzaki, to odarty do gąbki sufit, budzi zdumienie.

Nawet domostwa wyglądające jak slumsy zabezpieczono kratami, które nie wiedzieć jakim sposobem trzymają się, tekturowych na oko, ścian! Kilka dni później mijaliśmy cmentarz. Grobowce przypominające, przepraszam za skojarzenie, psie budy, rozmiar dla owczarka niemieckiego,  były z kratami, a jakże, zamkniętymi na kłódkę.

Wraz z upływem dnia i zbliżaniem się do Zony Colonial, zaczęli pojawiać się ludzie. Nabraliśmy otuchy.
Pierwsza możliwość wypicia kawy pojawiła się dopiero po około 4 godzinach od wyjścia z domu, z czego skwapliwie skorzystaliśmy, tym bardziej, że naderwał mi się pasek japonka i od pewnego czasu szłam podnosząc nogę jak czapla, żeby nie zgubić zelówki, no i żeby nie polec w marszu, zaplątawszy się o własne nogi! Usiedliśmy w gwarnej kawiarni w cieniu gigantycznego drzewa na Skwerze Kolumba i dostaliśmy mocno średnie, ale w tamtej sytuacji ratujące życie espresso, albowiem nieźle zleźliśmy się w upale. 



Marzyłam, żeby wypić kawę z widokiem na tę podłogę, ale mimo, że było otwarte, było zamknięte! ;o)
Jedna z piękniejszych szopek, jakie widziałam. Żeby zrobić zdjęcie pozbierałam plastikowe tacki i kubeczki i wrzuciłam do kosza. Dostałam za to brawa od siedzących na murku parafian. Docenili mój „czyn”, ale sami na to nie wpadli ;o)

Na penetrowaniu i oswajaniu miasta minęły nam 3 dni, ale w poniedziałek 4 stycznia musieliśmy stawić czoła rzeczywistości - kończyły nam się zdobyte nadludzkim wysiłkiem w Warszawie peso dominikańskie, więc wymiana dolarów stała się pilną koniecznością. Po drugie, wyjedliśmy już przywiezione przezornie z Polski zapasy oraz warzywa i owoce, w które zaopatrzyła nas i zostawiła w lodówce nasza Gospodyni.

Na pierwszy ogień poszedł bank. Od drzwi pierwszego odbiliśmy się, ale po spojrzeniu na zegarek doszliśmy do wniosku, że pewnie zamknęli na sjestę, choć na drzwiach jak wół było napisane, że pracują bez przerw. Podreptaliśmy do następnego, gdzie też zastaliśmy zamknięte drzwi, a potem do jeszcze jednego, z takim samym skutkiem. Na dodatek ludzi na ulicach wcale nie przybyło w stosunku do minionych dni, więc nawet nie było kogo zapytać o co chodzi. Wędrując drugą, po Abrahamie Lincolnie, avenidą zadedykowaną światowego formatu politykowi Winstonowi Churchilowi, doszliśmy do centrum handlowego, którego witryny sugerowały bardzo wysoką półkę. Było otwarte. Weszliśmy. Na rozpisce znaleźliśmy bank i jak po sznurku ruszyliśmy, żeby dokonać wymiany. Tu mieliśmy więcej szczęścia, bo wprawdzie drzwi były zamknięte, ale przy bankomacie stał facet i przyznał się do znajomości angielskiego. Okazało się, że wprawdzie jest 4 stycznia, poniedziałek, ale na ten dzień przeniesiono z 6 stycznia Święto Trzech Króli (!!!!) żeby dominikańska ludność nie uległa pokusie przedłużenia noworocznej fiesty o kolejne dni! Dla mnie bomba! Ostatecznie wszystko jest kwestią umowy!



Wbrew temu, co widać na zdjęciu droga nie urywa się w powietrzu. Skręca w lewo.
Co ciekawe, mówimy o ultrakatolickim kraju, w którym na przykład aborcja nie jest dozwolona w absolutnie żadnym wypadku, a środków antykoncepcyjnych nie dostanie się w państwowych aptekach! Tutejszy homofobiczny Kościół jest potężną władzą w kraju. Głośną sprawą było niedawne, bo z grudnia 2015 roku, wystąpienie głowy tutejszego Kościoła, Nicolasa de Jesusa Lopeza Rodrigueza, gdy ambasador USA James Brewster, a przy okazji gay, skrytykował korupcję na wyspie. Kardynał powiedział, że  Brewster, jako żona, powinien zajmować się domem. I pomyśleć, że w 1869 roku sprawujący na wyspie władzę Buonaventura Baez, próbował sprzedać Amerykanom Dominikanę za 150 000 dolarów. Prezydentowi Ulissesowi S. Grantowi ponoć spodobał się ten pomysł, ale Senat jej nie zaakceptował.

Ale mimo, że do transakcji nie doszło, wpływy amerykańskie widać w tutejszym codziennym życiu. Prąd i wtyczki są amerykańskie, kuchnie gazowe z charakterystycznym paskudnym panelem sterującym też, lodówki szerokie jak trzydrzwiowa szafa z kostkarkami do lotu również. Co ciekawe, Dominikana boryka się z dostawami prądu i przez około 8 godzin na dobę go nie ma (są akumulatory i generatory prądu, które zapewniają ciągłość żarówkom), a takie lodówki są prądożerne jak smoki. Kontenerami ściąga się z Estados Unidos sprzęt gospodarstwa domowego. Sądząc po dizajnie, to sprawdzone w boju modele z lat osiemdziesiątych ;o) Samochody, zarówno stare, jak i nowe w przeważającej większości są modelami krojonymi na rynek amerykański.

Ale wracajmy do naszych przyziemnych spraw. Tego dnia pieniędzy nie udało nam się wymienić, ale na szczęście niektóre sklepy były otwarte i mogliśmy zrobić zakupy w sporym supermarkecie. Karty są powszechnie akceptowane, chociaż Departament Stanu USA zaleca ostrożność i używanie kart tylko w „pewnych” miejscach.

Zakupy spożywcze w obcym miejscu zawsze podnoszą mi ciśnienie! Ciekawość oferty, nowych smaków, a więc i doznań, potencjalnie przyjemnych, działa mi na zmysły! Po sposobie odżywiania i nawykach kulinarnych można dowiedzieć się więcej o kraju i ludziach niż po nauczeniu się na pamięć przewodnika National Geografic! Na podobnej zasadzie, na jakiej antropolożka Kate Fox, poznawała Brytyjczyków grzebiąc im potajemnie w śmietnikach. No więc, co też ujrzeliśmy w dominikańskim supermarkecie? Po pierwsze, w ofercie dominują produkty amerykańskie - pierwsze rozczarowanie! Mnóstwo wysoko przetworzonych produktów gotowych do podgrzania, zmieszania czy rozpuszczenia, składających się głównie z syropu glukozowego, skrobi, soli i różnej maści konserwantów. Jest spora reprezentacja produktów włoskich. To chyba ze względu na modę, bo restauracji włoskich jest sporo i w dobrym tonie jest w nich bywać. Bez problemu można kupić wszystkie składniki do sushi, ale uwaga, Kikkoman, który w Europie nie konserwuje chemicznie swojego sosu sojowego, tutaj dodaje konserwant. Przypuszczalnie ze względu na niezbyt duże rotowanie towaru, co by oznaczało, że kuchnia japońska ma tu jeszcze pewne obszary do zawojowania!

Bez zdziwienia przeszłam wzdłuż regału z ryżem, a właściwie z ryżami. Widać, że jest tu poważnym graczem. Mało kto kupuje kilogram. Najwięcej jest worków po 2, 5 i więcej kilogramów! Ryż obok fasoli jest tu podstawą diety! Jada się tę parkę codziennie! Najczęściej razem. Na widok fasoli serce podskoczyło mi z radości! Wszystkie kolory, wszystkie rozmiary! W kropki, ciapki, kreseczki, czerwona, biała, czarna! Groch, ciecierzyca, soczewica, bób i bardzo tu popularna nikla indyjska (cajanus cajan). Raj dla strączkożerców! Wspaniałe źródło białka, wzdęć i kreatywnego zarządzania nimi.

Najbardziej intrygowały mnie produkty dominikańskie. Niestety nie tak łatwo je znaleźć w dominikańskim sklepie. Najpierw chciałam dać szansę miodom. Zwykle, w egzotycznych miejscach pochodzą z roślin, które nie rosną w naszym klimacie i smakują inaczej. Tu niespodzianka. Były miody wyprodukowane przez trzy firmy. Na słoikach znajdowała się informacja, że to miód pszczeli. I tyle. Obracałam w rękach opakowania, sądząc, że może niedowidzę, że może coś napisali małymi literami… Nic. Kilka godzin później natrafiliśmy w małym sklepiku na mówiącego po angielsku sprzedawcę. Zapytałam o tajemnicę miodu. Wyjaśnił, że tu nie pisze się z jakich roślin pochodził nektar, z którego miód został zrobiony. Po prostu nie. Nie mogę uwierzyć jak oni mogą to robić pszczołom! I ludziom. ;o)

W departamencie nabiałowym od zmysłów odeszłam szukając jogurtu naturalnego bez cukru i żadnych dodatków. Znalazłam jeden rodzaj i szczęśliwie okazał się wyprodukowany na miejscu. Zaciekawił mnie biały ser, bo z wyglądu do niczego nie był niepodobny. Biała raczej niekształtna bryła, której najbliżej było do kuli. W domu okazał się kombinacją mozarelli, oscypka i twarogu, na ile takie coś jest w ogóle możliwe! Najważniejsze jednak, że był smaczny.

Ryby okazały się rozczarowaniem. Drogie, w ograniczonym wyborze i ze spojrzeniem, po którym poznaje się datę zgonu denatki, budzącym wiele pytań. W ofercie przystępnej cenowo znalazłam tilapie hodowane w śmierdzących bajorach i mrożone dorsze składające się głównie z glazury. Z pokładów lodu straszyły odnóża gigantycznych kalmarów, pozbawionych tub. No i bacalao czyli solony i suszony dorsz, którego od pobytu w Portugalii nie biorę do ust, bo pozostawił traumatyczne wspomnienie. Prawdę mówiąc, po wyspie spodziewaliśmy się znacznie więcej.

Na koniec zostawiłam sobie warzywa i owoce. Osunęłam się z wrażenia, gdy zobaczyłam gigantyczną skrzynię z awokado! Wielkie zielone kule o wymarzonej miękkości za równowartość 2,90 zł za sztukę. Papaye to samo, tylko jeszcze tańsze! Arbuzy, ananasy, młode kokosy, melony, passion fruity czyli męczennice jadalne! (kto wymyśla te polskie nazwy?!) Ale, czekajcie, nie doszłam jeszcze do mango! Dominikana is about mango! Drzewa obwieszone owocami rosną na każdym kroku. Najprawdziwszy RAJ, chociaż bez jabłek! To znaczy są jabłka takie „sztuczne” importowane, nawet nie ma o czym mówić. Interesująca, choć nie do końca w moim guście jest oferta warzywna. Najpopularniejsze są plantany czyli banany warzywne, mniej słodka, ale bardziej skrobiowa odmiana banana i rozmaite korzenie o wysokiej zawartości skrobi jak juca (cassava czyli maniok), yautia czy bataty. Wszystko to bomby węglowodanowe i zagrożenie dla obwodu bioder! Są oczywiście pomidory i mają niebagatelną zaletę owoców dojrzewających na słońcu. Z egzotyków - okra! Już wkrótce stanie się przebojem pobytu. 



Mango - jedno z wielu drzew rosnących na ulicach miasta!
Po zaopatrzeniu lodówki, a przed dalszą podróżą, musieliśmy jeszcze wynająć samochód. Mimo, że mieliśmy rezerwację zrobioną przez internet, formalności i wpisywanie  zawartości paszportu do komputera ciągnęło się w nieskończoność. Gdy po godzinie pani uśmiechnęła się do nas szeroko, byłam przekonana, że zaraz trzaśniemy drzwiami auta i puścimy dymek z rury wydechowej. Myliłam się! Zaproponowano nam kawę! Gdy zaczęłam się już zastanawiać, co podadzą na kolację, wydano nam kluczyki! Tym samym uśmiechnęło się do nas Puerto Plata i podróż w pionie na północ wyspy! Już wkrótce następny odcinek. I dużo więcej o jedzeniu!

Stawka za kokosa wynosi 30 pesos czyli jakieś 2,7 zł. Sprzedawca sprawia owoc przy kliencie maczetą i daje słomkę. Po wypiciu soku, który ma właściwości elektrolitu, a w kryzysowych sytuacjach może być podany dożylnie, orzech rozłupywany jest na połówki, z kawałka „obudowy” robiona jest łyżeczka, którą wyjada się pyszny miąższ.

7 komentarzy:

  1. Ponieważ sama dopiero niedawno wróciłam z Jamajki, z ciekawością pochłonęłam relację z Dominikany. Jak na razie Dominikana wydaje mi się "mniej cywilizowana", ale może to tylko wrażenie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej Olka!Trudno mi porównać oba kraje, bo na Jamajce nie byłam. To, co napisałam o Dominikanie dotyczyło bardzo szczególnego momentu, bo początku roku, który zwykle bywa niemrawy w różnych miejscach na świecie. Mam już prawie gotowy następny odcinek, więc może Twoje wrażenia ulegną zmianie! A może się ugruntują ;o) BTW, bardzo chętnie przeczytałabym relację z Jamajki! Może coś planujesz? Pozdrowienia! Kasia

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak ja uwielbiam mango! Zresztą kokosową wodę też! Jak byliśmy w Brazylii to też nam sprzedawcy ociosywali je maczetą :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Niesamowite miejsce :) Nigdy nie myślałam, żeby tam pojechać, ale właściwie czemu by nie? :)

    OdpowiedzUsuń
  5. U nas była relacja z poślubnego allinclusive na Dominikanie a tu taka odmiana i to jaka ciekawa :) Prawdziwa strona Dominikany. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo klimatyczne zdjęcia, zwłaszcza urzekła mnie droga skręcająca w lewo, mozaika i szopka. Ale to na rowerze to kokosy? Naprawdę? I w ogóle gdzie maczeta? Ach i jak wygląda platany?

    OdpowiedzUsuń
  7. Wyjazdy "NIE all inclusive" to najlepsza opcja, w miesiąc na Karaibach udało mi się sporo zobaczyć :) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń