sobota, 6 sierpnia 2016

Słońce w kiszkach czyli kisimy ogórki!

No więc stało się! Ogórki, które sialiśmy do doniczek w kwietniu w Warszawie, a następnie przewoziliśmy je, niczym narządy do transplantacji, na żuławski warzywnik, zaczęły wydawać plony na tyle duże, że zaczęłam ogóreczki zamykać do słoików! Kiszone. Na zimę!
Uwielbiam ogórki! Obżeram się nimi (tak, to jest właśnie słowo precyzyjnie oddające istotę czynności), takimi zerwanymi prosto z grządki, chrupiącymi, nieomal słodkimi, i myślę sobie, że jednak warto było zmasakrować sobie kręgosłup wgryzając się w twardą jak kamień, gliniastą żuławską ziemię, żeby teraz doświadczać tego metafizycznego, ogórkowego zespolenia ;o)


W odniesieniu do ogórków dietetyczne tabele są bezlitosne! Nie mają one zbyt wiele wartości odżywczych, ledwie trochę trochę witaminy C, K i witamin z grupy B. Niewiele potasu, magnezu, miedzi i manganu, ale przecież to nie jest zupełnie nic! Pełen obraz da informacja, że ogórki składają się w 97% z wody i mają jedynie 16 kcal w 100 gramach. Ale pamiętajmy o jednym! Ogórki to nawadnianie organizmu w najlepszy z możliwych sposobów. Nawadnianie, a więc i oczyszczanie, bo ogórki działają moczopędnie. Poza tym obżeranie się nimi jest zupełnie bezkarne w odniesieniu do ładunku energetycznego, jaki mają. To już kolejny rok, gdy obserwuję jaki wpływ na człowieka/kobietę ma zwiększony udział ogórków w codziennej diecie. Teraz testimonial! Po około miesiącu moja skóra stała się niezwykle przyjemna w dotyku, jak nie przymierzając na jakimś krecie (kto dotykał, ten wie; kreta, nie mnie ;o) Rano właściwie nie potrzebuję używać kremu na twarz, choć normalnie pewnie bym oszalała bez posmarowania. No i schudłam, co widzę po ubraniach, a to zawsze cieszy! To tyle o świeżych ogórkach, które mają się tak do kiszonych, jak diamenty do brylantów!

Szlif, jaki nadaje ogórkom kiszenie czyni z nich bezcenne źródło bakterii, które uwielbia nasz przewód pokarmowy. Bakterie kwasu mlekowego powstające w trakcie kiszenia regulują skład mikroflory jelitowej, a więc poprawiają trawienie, usuwają toksyny i wspomagają odporność! Przyspieszają perystaltykę jelit, a więc wspomagają spalanie kalorii i odchudzanie.

Witaminy z grupy B, których ilość zwiększa się podczas kiszenia, poprawiają pracę układu nerwowego oraz koncentrację. Ogórki kiszone mają też składniki mineralne m.in. potas usprawniający gospodarkę wodną, a także wapń, magnez, żelazo, cynk czy fosfor. Dzięki nim poprawie ulega również stan skóry, włosów czy paznokci.

Nie wiem czy jest jakiś uzasadniony związek kiszenia z kiszkami, ale słowo „kiszki” działa na mnie rozweselająco i nie umiem odmówić sobie używania go, choć muszę przyznać, że jelita też dobrze brzmią ;o)

No więc, warto pamiętać, że od tego, co dzieje się w kiszkach, zależy dobrostan całego organizmu. Te 6 metrów kiszek odpowiada za przyswajanie składników pokarmowych, tu zapadają decyzje czy zachorujemy czy nie i na co, bo od stanu jelit zależy odporność organizmu. I nie chodzi tu o przeziębienia!

Na pytanie czy warto spędzić teraz kilka godzin w kuchni, żeby zrobić kilkanaście słoików ogórków, odpowiedź jest jedna! Warto! Bo takie ogórki ze sklepu nie są w stanie podskoczyć takim domowym pieszczochom! Koleżanka Katarzyna Z. wyjechała kilka dni temu ze wsi z 7 kilogramami ogórków, z których wykonała 15 litrowych słoików. Przyznała się, że ileś tam sztuk zjadła, ale przelicznik jest mniej więcej taki, gdyby ktoś zapragnął mierzyć siły na zamiary!

Zanim dojdę do przepisu, muszę odpowiedzieć na często padające pytania rozmaitych znajomych (i mojej mamy), które brzmi: - A w ogóle, to co wy na tej wsi robicie? 



Najkrótszą odpowiedzią jest: - krzątamy się i gospodarujemy! W rozwinięciu wygląda to tak. Znaczącym udziałem naszych posiłków są płody rolne wyhodowane na warzywniku, a więc żeby coś zjeść, trzeba to najpierw zerwać (wcześniej naturalnie uprawić). Samo przepatrzenie ogórkowiska, to najmniej 40 minut. Przy okazji zrywania, wyrywa się także chwasty i ekspediuje za granicę posiadłości ślimaki, które, tak się składa, gustują w tych samych roślinach, co my. 



Ze ślimakami mam problem natury moralnej. Robią szkody, to jasne. Z drugiej jednak strony rozbrajają mnie swoją bezbronnością i ufnością. Taki wypasiony koleżka, w pierwszej chwili spotkania zwija się, by po kilku sekundach ponownie wyciągnąć łepek oraz różki i kontynuować swoją gastronomiczną wędrówkę. Nie gryzie w rękę, nie parzy, nie truje! Nie to, co rozjuszony szerszeń morderca! Nie potrafię ślimaków zabijać! Wynoszę je więc daleko od warzyw, jako ten Syzyf. W słuszności tej bezsensowności ;o) umacnia mnie świadomość, że dla wielu stworzeń ślimaki są dobrym pokarmem - choćby dla kretów czy bocianów. A mamy w tym roku na bocianim gnieździe do wykarmienia dwoje dzieci!



O czym to ja mówiłam? O zdobywaniu pożywienia! Po niektóre warzywa jeździmy do Kazika, sąsiada zza rzeki. Od niego mamy pomidory, czosnek, cebulę i koper do ogórków, bo nasz jeszcze mały! U Kazika zawsze „się schodzi”, bo pomidory trzeba zebrać własnymi rączkami, a jeszcze zrobić przegląd kazikowych dyń i melonów, z których jest bardzo dumny i z satysfakcją przyjmuje ochy i achy. A jak jeszcze zajedzie ktoś inny z okolicy po warzywa, zwykły szoping zamienia się w giełdę nieruchomości, bo wszyscy uważają, że skoro jesteśmy z Warszawy, to mamy kupców na ich parcele ;o) 



Po Kaziku zajeżdżamy jeszcze do Pani Teresy po jajka od jej szczęśliwych kur, a przy okazji dostajemy kartofelki i papierówki, które lecą z drzewa while we speak! Rewanżujemy się patisonami, cukiniami i orzechami włoskimi.

Przed nocą trzeba jeszcze naszykować drewno na opał, bo choć to był lipiec, a jest sierpień, wieczory i noce są zimne na 12 stopni, a drewniana chałupa ma różne tajemnicze szczeliny, którymi ziąb wsącza się do izby. Drewno, to odcinek Gospodarza, w Warszawie nazywanego Panem Domu, a w podróży Towarzyszem Podróży. Po przeczytaniu książki „Porąb i spal” zaszła w nim ogromna zmiana i wszystkie patyki układa teraz w wymyślne figury przestrzenne nazywane sztaplami, przez niego pieszczotliwie określane sztapelkami. No więc z tym drewnem nieźle schodzi!



Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze zbieranie polnych kwiatów i układanie bukietów, zdzieranie szlifierką farby ze starych szafek, obserwowanie bocianów na gnieździe, czyszczenie rynien, śledzenie pogody, koszenie oraz podlewanie - to w suche dni, a w deszczowe łapanie deszczówki w co się da! A gdzie czas, żeby pojechać nad morze (7 km)? Czy na wycieczkę rowerową? Nie ma! I to jest właśnie slow life! Dlatego na nic nie wystarcza czasu.

JAK ROBIĆ KISZONE OGÓRKI?




Poniższa instrukcja dotyczy słoików z zakrętką typu twist. W weckach robię jedynie małosolne do szybkiego zjedzenia.

Po umyciu obcinam oba końce.

Do wyparzonych słoików wkładam koper, tak żeby dno było grubo pokryte czyli dużo.

Nie żałuję czosnku! Na duży słoik 3 - 4 duże zęby, najlepiej przekrojone

Gotuję wodę i dodaję sól. Do pięciolitrowego garnka sypię ok 6 łyżek soli, nie czubatych, ale też nie superpłaskich.

W połowie słoika dodaję jeszcze gałązkę kopru i kawałek chrzanu, taki wielkości ząbka czosnku.

Ciasno ułożone ogóreczki zalewam WRZĄCĄ wodą z solą i mocno zakręcam nakrętkę. Koniecznie należy się upewnić, że płyn dobrze zakrywa zawartość, bo to, co będzie wystawało ponad powierzchnię, da początek gniciu, a tego w żadnym wypadku nie chcemy!


Słoików nie pasteryzuję, bo ogórki stygnąc pięknie się zasysają! 

30 słoików wystarcza do czerwca. Dla nas i na prezenty dla ich wyznawców!



4 komentarze:

  1. Robisz najlepsze ogórki jakie jadłam w swym bujnym, ogórkowym życiu.

    OdpowiedzUsuń
  2. No, co zrobić Kochana, co zrobić! A serio, to myślę, że to zasługa tych cudownych ogóreczków, z którymi rozmawiam i nawożę je wielkim uczuciem ;o)Poza tym mnóstwo kopru i czosnku i z innymi też może się udać!

    OdpowiedzUsuń
  3. Przede wszystkim, piękne zdjęcia, ale obejrzenie ich bez przeczytania całego postu byłoby wielką stratą. Wpis jest przezabawny, a jednocześnie nie pozbawiony wartościowych informacji. Potrafi Pani zachęcić, zarówno obrazem, jak i słowem pisanym : )Nawet jeśli ktoś jakimś cudem nie gustuje w ogórkach, powinien czuć się zobligowany do ukiszenia choć kilku słoików. Przy okazji, moim zdaniem posiadanie choć niewielkiego warzywnika to świetna inwestycja, która procentuje przez cały rok. Mamy zdrowe, świeże warzywa, doskonały surowiec na naturalne przetwory a zarazem satysfakcjonujące hobby : ) Tak trzymać!

    OdpowiedzUsuń
  4. Zawsze bardzo się cieszę, gdy ktoś docenia moje wyczyny fotograficzne i „literackie”. Dziękuję za miłe słowa! Fotografowanie i pisanie o jedzeniu sprawia mi wielką przyjemność, tym bardziej, że towarzyszy mi pewnego rodzaju misja - promowanie zdrowego odżywiania bez krzywdzenia zwierząt. Dobre jedzenie, a więc także dobre życie wymaga wysiłku, ale opłaca się w ostatecznym rozrachunku! Ma Pani/Pan rację co do warzywnika! Wprawdzie co roku na wiosnę klnę jak szewc harując na tym maleńkim kawałku ziemi, ale teraz odczuwam niewyobrażalną radość zrywając świeżą kolendrę, cukinię czy fasolkę szparagową prosto z krzaka! W takich chwilach można poczuć się szczęśliwym! Pozdrowienia! Kasia

    OdpowiedzUsuń