czwartek, 21 maja 2015

Z mchu i paproci czyli syrop z pędów sosny!


Wielką przyjemnością związaną z robieniem syropu z pędów sosny jest pozyskiwanie surowca! Spędzenie kilku godzin wśród sosen działa na człowieka tak wspaniale, jak zjedzenie czekolady! Z jedną różnicą - nie ma po tym wyrzutów sumienia! 




Taką radosną sesję mam właśnie za sobą! Runo leśne oraz rozmaite żyjątka już z włosów wytrzepałam, a ślady po żywicy na rękach, mam w planach usunąć do końca tygodnia. Zapach olejków nadal jest ze mną, mimo że pędy wylądowały już w miejscu docelowym czyli w słoju.
Idealną porą na zbieranie pędów sosny jest maj. Zdania są podzielone czy pędy powinny być jasnozielone czy jeszcze pokryte brązowymi łuseczkami czyli młodsze. Wszystkie źródła są jednak zgodne, co do rozmiaru pędów. Powinny mieć mniej więcej 10 cm długości. Większe i starsze nie mają już tyle soku. Tegoroczny maj temperaturami raczej nie rozpieszcza, więc i sosny nie rwą się za bardzo do wzrostu. Jeszcze nie jest za późno na zbiory, choć kilka ciepłych dni, może sprawić, że pędy się rozpędzą i „uciekną”. Acha, nie można ogołocić sosny ze wszystkich pędów, bo biedactwo mogłoby się pochorować. Ja obcinałam z co drugiej gałązki. Bardzo wskazany jest do takiej operacji sekator. I rękawiczki ze względu na żywicę, chyba że ktoś, jak ja, nie boi się gniewu manikiurzystki!


Dawczynie tuż przed operacją.

Dobroczynne działanie sosny jest powszechnie znane. Czy jest ktoś, kto nie pił z gwinta syropku Pini? Innym popularnych sosnowym specyfikiem jest olejek sosnowy stosowany do inhalacji, masaży i kąpieli w stanach infekcji dróg oddechowych. A propos kąpieli - czy pamiętacie PRL-owskie szyszki do kąpieli, które pod wpływem wody ulegały degradacji wydając piękny sosnowy zapach? Robił je Herbapol. Zajrzałam na Allegro, wygląda na to, ze ostatnie egzemplarze zostały sprzedane w 2009 roku ;o)


Ale dziś interesuje nas sosna do użytku wewnętrznego. Syrop w bardzo łatwy sposób można zrobić w domu i przed zimą stosować profilaktycznie, albo leczniczo w stanach chorobowych.
Młode pędy sosny zwyczajnej (Pinus sylvestris) zawierają olejki eteryczne, które mają działanie wykrztuśne, odkażające, rozgrzewające, poprawiające krążenie, detoksykujące, orzeźwiające i stymulujące odporność.

Bogate są też we flawonoidy, które mają bardzo silne działanie antyoksydacyjne czyli chronią przed chorobami nowotworowymi i przeciwdziałają starzeniu.
Gorycze wspomagają wydzielanie soku żołądkowego, a więc pobudzają apetyt, działają uspokajająco i wzmacniająco.
Do tego są jeszcze garbniki o właściwościach przeciwzapalnych, przeciwbiegunkowch i odkażających oraz witamina C, która jest antyoksydantem i wzmacnia odporność.


1.5 kg z uwzględnieniem tary ;o)

Przepis na syrop!

Gdy pędy mamy już w koszu - ja przywiozłam 1.5 kg, należy je drobno pokroić, na kawałki ok. 1 cm, albo nawet krótsze. Odradzam drogę na skróty czyli wrzucanie całych pędów. Wprawdzie to oszczędza czas, ale uzyskuje się dużo mniej soku. Poza tym podczas krojenia odbywa się przyjemna inhalacja, bo uwalniają się olejki eteryczne, więc zamiast marudzić, lepiej wdychać!



Pokrojone pędy należy wrzucać do słoja i przesypywać warstwami cukru. Na 1.5 kg pędów użyłam 1 kg cukru. Na koniec ucisnęłam zawartość naczynia, dając sygnał, że pora puszczać sok! 

Słój przykrywamy przewiewną ściereczką i zostawiamy na dwa, trzy tygodnie w temperaturze pokojowej. Po tym czasie, odlewamy sok i wlewamy go do ciemnych buteleczek. Zakręcamy i czekamy do jesieni ;o) Proszę NIE próbować pasteryzować, bo szlag trafi to, co najcenniejsze w eliksirze! Przy tej ilości cukru nie ma prawa się popsuć! 

Innym rozwiązaniem, gdy chcemy ograniczyć ilość cukru, na przykład o połowę, jest zalanie pędów szklanką spirytusu. Czyli 1.5 kg pędów + 0.5 kg cukru + szklanka spirytusu. Ta mikstura nie będzie jednak nadawała się dla dzieci.


Po operacji zlania soku zostaną odciśnięte sosnowe szczątki. Tu mała dygresja. W ubiegłym roku robiłam sok z pigwowca, który uwielbiam! Też zostały kawałki owoców. Pan Domu reprezentujący ortodoksyjną postawę EKO, nie mógł zdzierżyć, że tyle owoców (wytłoczyn uczciwie trzeba powiedzieć) trafi do kosza, więc wpadł na pomysł, żeby zalać je spirytusem i zrobić nalewkę. Nigdy wcześniej tego nie robił, więc wlewając alkohol nie miał pewności czy robi nalewkę czy też zmierza donikąd. Po kilku tygodniach, także ku swemu wielkiemu zdziwieniu, odlał płyn w pięknym bursztynowym kolorze, cudownym zapachu, zniewalającym smaku i niezłej mocy. Do tej pory uwodzi tą nalewką wszystkie odwiedzające nas panie! Koniec dygresji! W tym roku zrobimy to samo z pędami sosny, ale tym razem po to, by otrzymać lekarstwo, a nie używkę ;o) 

W następnym odcinku będzie o makaronie w sosenkowym sosie! To jest dopiero prawdziwa przygoda! Ale wszyscy żyjemy!


Inna amatorka leśnych nektarów w tym samym miejscu i o tej samej porze!

5 komentarzy:

  1. O! Syrop Pini smakował tak wybornie, że na jego cześć nazwaliśmy PINIĄ uroczą ani trochę nie strzelistą psią kluskę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Miłość mojego dzieciństwa- czarna podpalana niskopodwoziowa Pinia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zachodzę w głowę jak to możliwe, że się z nią nie poznałam?

    OdpowiedzUsuń
  4. Świerkowe pędy też się sprawdzają. Beata Słama.

    OdpowiedzUsuń