wtorek, 21 kwietnia 2015

Jak na narty, to do Val Thorens!


Chyba zwariowałam! Kwitną wisienki i kurdybanki, a ja o nartach! Oj tam, oj tam! Narty w kwietniu mają mnóstwo zalet, choćby to, że jest ciepło i dzień jest długi, a śnieg jakby się nie zorientował, że w dolinach szaleje wiosna! Wiem, co mówię! Dopiero co wyjęłam nogi z butów narciarskich. A jeśli ktoś jeszcze nie ma pomysłu na majowy weekend, podpowiadam - sezon w Val Thorens kończy się na początku maja! No i zacznie się ponownie za pół roku ;o)




Francuzi nie mają dobrego PR-u. Są zarozumiałymi nicponiami ostentacyjnie demonstrującymi swoją  wyimaginowaną wyższość. Nie zrozumie tego ktoś, kto wyrobił sobie o Francuzach zdanie po obejrzeniu filmu Amelia, ale już ktoś, kto pracował z z ekspatem z Francji, albo, co gorsza miał takiego szefa, będzie wiedział o czym mówię, ba, może nie być usatysfakcjonowany tą eufemistyczną opinią. 

Francuska wyniosłość umocowana jest historyczne, ale czasami udaje się ją poskromić. Włosi chętnie przytaczają pewną rozmowę, w której Napoleon Bonaparte miał powiedzieć do Antonia Canovy: „Gli Italiani sono tutti ladri” (wszyscy Włosi są złodziejami), na co ten odrzekł: „Generale, tutti no, ma buona parte sì...!”. (Generale, nie wszyscy, ale duża część tak). Gry słów nie da się przełożyć, ale widać ją gołym okiem! 

Wprawdzie Napoleon mówił po włosku, ale powszechnie wiadomo, że łatwiej nakłonić kota do szczekania, niż Francuza do wyrażenia się w języku innym niż francuski. Ładnie odniósł się do tego poprzedni ambasador Wielkiej Brytanii w Polsce, mówiący dość dobrze po polsku Ric Todd, który w jednym ze swoich wystąpień dotyczących znaczenia kultury angielskiej na świecie, powiedział nie bez okrucieństwa: Sorry Francuzy, to angielski jest językiem dyplomacji. 

Niekiedy obraz Francuza ulega ociepleniu, jak choćby wtedy, gdy okazuje się, że pracownik Palacu Elizejskiego w porze lunchu (o, pardon: déjeuner) zakłada kask i na motorze śmiga do kochanki. Ale co się Hollande namęczy, to mu Depardieu zepsuje! Świat się śmieje, można powiedzieć!

Ale po co ten wstęp? Był mi potrzebny, żeby zademonstrować, że nie jestem ślepo zauroczona Francją i jej dobrami, a mimo tego uważam, że najlepsze miejsce na narty to właśnie Francja, a dokładnie Val Thorens w Trzech Dolinach. Gdy pierwszy raz tam jechałam, a było to w 2003 roku, ktoś znajomy powiedział, że jeśli jadę do Val Thorens, to już nigdy, nigdzie więcej na narty nie będę chciała pojechać. Przyjęłam to prychaniem, jak każde stwierdzenie prowadzące potencjalnie do ograniczenia wolności mojej decyzji! ;o) A cóż mogę teraz powiedzieć po 12 latach? Kimkolwiek byłaś/eś - miałaś/eś w zasadzie rację! Dwa razy w tym czasie pojechałam gdzie indziej (Tignes i Les Deux Alpes), bo kombinacja terminów i wolnych miejsc wykluczała Val Thorens. 


Co zatem sprawia, że Val Thorens jest tak wyjątkowym miejscem? Po pierwsze jest to najwyżej w Europie położona stacja narciarska! Miasteczko leży na wysokości 2 300 m, a wyciągami wjeżdża się na 3 200. Oznacza to, że zawsze od listopada do maja jest śnieg - żadnych nerwów, jeżdżenia po zielonej trawce i kamieniach! 


Poza tym, dla mnie absolutnie najważniejsza rzecz - z hotelu wychodzi się na stok w butach narciarskich, przypina narty i pyk, jedzie się wprost do wyciągu! Podobnie się wraca - trzeba  podjechać wyciągiem powyżej miejsca zamieszkania i zjechać wprost pod drzwi. W zasadzie większość hoteli spełnia ten warunek w zimowych miesiącach. Teraz ulice w mieście są już bez śniegu, co oznacza, że do niektórych hoteli, z nartami na ramieniu, trzeba przejść przez szerokość jezdni phi, phi..! Jednak nasz hotel tego od nas nie wymagał, bo był przy samej górce!

To jest właśnie wyjście z naszego apartamentu na stok.

Samo miasteczko jest raczej pozbawione uroku! Powstało w latach sześćdziesiątych z zimnej kalkulacji. Oceniono, że tereny wspaniale nadają się do jeżdżenia na nartach, więc zaczęto budować hotele. Tutejsza architektura nawiązuje do stylu uważanego za góralski, co oznacza, ze dachy mają pewną liczbę skosów i na balkonach są drewniane tralki, a że niektóre budynki mają po dziesięć pięter, wygląda to raczej żałośnie! 


Przez środek miasta biegnie jedna trasa umożliwiająca włączenie się do ruchu mieszkańcom hoteli stojących dalej od wyciągów.

W Val Thorens jest mocno ograniczony ruch samochodowy, więc po rozpakowaniu klamotów, trzeba odprowadzić samochód na parking i pożegnać się z nim na 7 dni! Nie jest do niczego potrzebny i całe szczęście!

Co ciekawe, większość bazy hotelowej to tzw. apartamenty czyli pokoje z łazienkami i kuchniami, szczycące się trzema gwiazdkami, co praktyce oznacza standard polskiego akademika z późnych lat osiemdziesiątych. W naszym apartamencie panoramiczne okno od podłogi do sufitu przez szerokość całego pokoju z widokiem na Alpy i ekspozycją południową, rekompensowało nam straty moralne wywołane przez boazerię i kafelki w łazience w kolorze sieny palonej, a możliwość samodzielnego przygotowywania posiłków była dużym plusem! 

Milion dollar view z pokoju!
Doceniliśmy wdzięk, z jakim została przetłumaczona ta serdeczna prośba ;o)
Ale jeśli ktoś ma wstręt do gotowania na urlopie, to jest w Val Thorens dużo restauracji, w których serwuje się, od frytek, pizzy i fondue, po dania przygotowane przez kucharza z gwiazdką Michelina, jeśli ktoś pokona onieśmielenie i wejdzie do hotelu Koh-I-Nor (cena za mniejszy dwuosobowy pokój za noc 1700 PLN). W większości hoteli apartamentowych jest możliwość „zaprenumerowania” porannej bagietki, którą znajduje się na klamce swojego pokoju, bez żadnych narzutów usługowych, co rozwiązuje sprawę śniadań! (nie, nie, my w tym roku na śniadanie jadaliśmy kaszę czyli węglowodany o bardziej wyrafinowanej strukturze, niż bagietka, ale pamiętamy jej smak sprzed roku ;o)


Śniadanie narciarza 2015! Kasza gryczana niepalona, quinoa trzykolorowa, orzechy, natka pietruszki, cebulka, radicchio, oliwa z oliwek extra vergine i 3 łyżki jogurtu naturalnego. Tego paliwa wystarczało nam na jakieś 3h.

Atrakcją, i to nie tylko o charakterze folklorystycznym, jest bazarek odbywający się w każdy wtorek i czwartek, na który zjeżdżają okoliczni tzn. sabaudcy (Savoie) producenci serów, kiełbas, miodu, wina oraz nugatów. Kiełbas, jak wiadomo ze względów ideologicznych nie jadam, nugatów staram się wystrzegać (nie zawsze z powodzeniem), win próbowaliśmy dwa lata temu i nie czuliśmy potrzeby, żeby dawać im drugą szansę, ale serom ulegliśmy, jak i w minionych latach. 




Spośród wielu lokalnie produkowanych serów, warto wspomnieć o kuzynie Gruyere'a, serze Beaufort. Mleko na ten ser dają prawdziwe góralki, krowy rasy Tarine i Abondance, o pięknym ciepło - brązowym, wpadającym w kasztanowy, kolorze skóry! Beaufort dojrzewa około 4 miesięcy, w dużych kręgach do 75 cm średnicy. Jego wyjątkowość podkreśla zawartość wapnia, którego w 100 gramach jest aż 1000 mg. Dla porównania włoski Grana Padano ma go 600 mg.


Drugim serem, którego na pewno warto spróbować będąc w Sabaudii jest Reblochon. Nazwa sera oznacza drugi udój. Drugie dojenie wzięło się z potrzeby uniknięcia podatku. Górale rozliczali się za wydojone mleko, a potem doili drugi raz „na czarno’. Takie mleko miało dużo większą ilość tłuszczu, co wpływało na wyjątkowy smak sera. Reblochon jest serem półmiękkim i ma elastyczną, kremową konsystencję o orzechowym smaku i żółtawą aksamitną skórkę.


Skoro jesteśmy przy zwierzęcych tłuszczach nasyconych, to nie sposób nie odnotować, że przy tej ilości serów, bagietek i innych białych bułek, jakie jedzą Francuzi, to cud prawdziwy, że nie padają na choroby układu krwionośnego jak muchy, no i że nie ważą po 100 kg każdy! To podobno tzw. paradoks francuski i nie zaleca się nikomu na świecie stosowania podobnej diety, chyba że postanowił ze sobą szybko skończyć! Chapeau bas „Francuzy”! 



No i wreszcie dochodzimy do istoty wyjazdu czyli stoków! Val Thorens jest częścią największego ośrodka narciarskiego na świecie, czyli Trzech Dolin (Les Trois Valées), z grubsza 600 km tras. W samym Val Thorens jest 150 km. Zresztą nie ma co prowadzić księgowości, to jest nie do przejeżdżenia! Raz kupiłam karnet na 3 doliny i wygłupiłam się, bo w tydzień nie da rady wszystkiego obskoczyć (no chyba, że kogoś bardzo nosi), a karnet jest sporo droższy. Na Val Thorens kosztuje 218 euro, jeśli kupuje się duo czyli dla dwóch osób, ale już w tym tygodniu cena spadła do 195 euro.


Dwa wyciągi, w tym ten na zdjęciu zostały w 2014 roku wymienione i kosztowało to 20 mln euro. Kanapy jak, nie przymierzając, z salonu Minotti!

Samo jeżdżenie jest jak ze snu! Trasy szerokie niczym autostrady w Bangkoku! Nie ma podstępnych smreków, ani zmurszałych mostków. Nie przeszkadzają ani szaleńcy jeżdżący na krechę, ani ambitni początkujący przeceniający swoje umiejętności i jeżdżący pługiem z szeroko rozpostartymi ramionami, albowiem jest tyle miejsca, że starczy dla każdego ekscentryka!


Jak ktoś lubi dzwonić zębami podczas jazdy, to są i takie trasy!


Warunki są bardzo sprzyjające debiutantom! Każdy znajdzie odpowiedni dla siebie kąt nachylenia górki. Oprócz przygotowanych tras, na narciarzy i snowboardzistów czekają też rozległe przestrzenie nadające się do freeride'u. W zasadzie nie ma potrzeby podchodzenia pod górę, bo po dojechaniu wyciągiem, wystarczy zjechać w inną niż wszyscy stronę. W tym roku po raz pierwszy widziałam jak paralotnia wynosiła na szczyt narciarzy, co można było poznać po czterech dyndających w powietrzu nartach.


W pobliżu większości górnych stacji wyciągów znajdują się chalety czyli odpowiedniki polskich schronisk. Naszym ulubionym pozostaje od lat, kameralny Chalet de la Marine, do którego dojeżdża się wyciągiem Cascades. Tam bywam rozpoznawana przez barmana - I remember you from the last year - wykrzykuje on, jakby wygrywał w Lotto! W przeciwieństwie do innych szaletów, espresso daje się tu wypić, a na dodatek dają małą czekoladkę! Ani chybi biją się o złotą patelnię! ;o)   



Z kronikarskiego obowiązku należy dodać, że w ubiegłym roku, i to już po raz drugi, Val Thorens zdobyło tytuł najlepszego ośrodka narciarskiego w prestiżowym rankingu World Ski Awards! Uważam, że powinno dostać także w tym roku za to, że przez 4 dni świeciło nam słońce bez jednej chmurki na niebie i nie roztopił się śnieg! Na szczęście dopadał tuż przed naszym przyjazdem!

Największy wagon wywozi na 3 200 m, na szczyt Cime de Caron.
Cime de Caron, na tle Mont Blanc z podłą Marzką, która zdradziła narciarstwo dla nurkowania! Zdjęcie archiwalne
Krótka modlitwa przed śliską górką! ;o)
Kilka informacji praktycznych, gdyby ktoś się namówił na Val Thorens.

Apartamenty najlepiej rezerwować z oficjalnej strony Val Thorens:

http://www.valthorens.com/winter-en/val-thorens/lodging/private-rental-accommodation.18.htmlV

A hotele z booking.com.

Najbliższe lotnisko (205 km od Val Thorens), do którego latają bezpośrednio samoloty z Warszawy, to Genewa, jednak cena bezpośredniego biletu jest dość wysoka. Dużo tańszy jest lot z przesiadką w Zurichu (jeśli Swiss) lub w Paryżu (jeśli Air France).

Z Genewy jeżdżą do Val Thorens busiki, co jest bardzo wygodne, choć nie zbyt tanie, ale wymaga to dobrej synchronizacji z samolotem. Innym rozwiązaniem jest wynajęcie samochodu. Trzeba jednak pamiętać, że lotnisko w Genevie składa się z dwóch sektorów: szwajcarskiego i francuskiego. Szwajcarski jest spory, a francuski przypomina dworzec PKP w Koluszkach, ale samochód należy wynająć właśnie we francuskim, bo jest taniej. Swiss Air przewiezie cały sprzęt narciarski za darmo, ale z wyjątkiem biletu kupionego w najtańszej taryfie.

I kolejne ostrzeżenie - wyjeżdżając samochodem, należy być czujnym, żeby przypadkiem nie wjechać na szwajcarską autostradę, bo natychmiast zapłacimy 30 euro za winietę. Wprawdzie jest to winieta na cały rok, ale dla nas, w wynajętym samochodzie, jest to informacja bezużyteczna.

W podobnej odległości co Genewa, są lotniska w Lyonie i Grenoble, ale połączenia są słabe, choć warto sprawdzać, bo te rzeczy się zmieniają.

My już drugi raz wybraliśmy trasę dojazdu, na jaką mało kto by wpadł, a mianowicie przez Mediolan! Na lotnisko Linate lata Alitalia (za dwa bilety zapłaciliśmy 930 zł). Wynajeliśmy samochód i w jednym z gigantycznych supermarketów nakupiliśmy pyszności na nieomal cały pobyt. Wprawdzie w Val Thorens są dość dobrze zaopatrzone markety, ale nie mogą konkurować z największą w Lombardii Esselungą ;o)



Z Mediolanu do Val Thorens jest ok. 400 km i do wyboru są dwie trasy: przez Turyn/Bardonecchię lub doliną Aosty. W ubiegłym roku pojechaliśmy tą pierwszą drogą i na espresso zajechaliśmy do Turynu, a w tym pomknęliśmy doliną Aosty i też zajechaliśmy do miasta! Było pięknie, kwitnąco i ciepło!

Bez względu na to, którą się wybierze drogę, ostatni 37 km odcinek od Mutiers do Val Thorens jest serpentyną i pal diabli, jak już nie ma śniegu, ale zdarzyło nam się już jechać po śniegu, w nocy i we mgle. Ten odcinek jedzie się nawet godzinę.

W obu przypadkach na granicy włosko-francuskiej jest płatny tunel. Trzeba kupić siedmiodniowy bilet powrotny (ok. 55 euro). Single ride kosztuje prawie tyle samo.

I ostania sprawa przewiezienie nart! Sprawdziliśmy to w Alitalii i przećwiczyliśmy już dwa razy. Dwa komplety nart z kijami pakujemy do jednego pokrowca i nadajemy jako bagaż rejestrowy jednej osoby. Ważą ok 14 kg przy limicie 23 kg. Do tego jako bagaż podręczny jadą buty. Drugi zestaw to walizka z drugimi butami i dobytkiem, no i bagaż podręczny. Przysługują też personal items czyli mały plecaczek, laptop lub torebeczka. No to w drogę! Bon voyage! A ja szykuję wiosenny odcinek!

5 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  3. Powiedz ty mi Kochana, jaka jest pogoda w Val Thorens en janvier czyli w styczniu, a dokładnie w drugiej połowie stycznia. Czy nie zamarznie? Czy śnieg nie zasypie? Wiem, że lepiej tak jak ty w marcu, ale czasami trzeba w drugiej połowie stycznia...

    OdpowiedzUsuń
  4. O pogodę bym się nie martwiła! Jest więcej śniegu i leży sobie na ulicach miasteczka! Mróz potrafi dać czadu i w marcu! Kilka lat temu nocami było minus 20, ale w dzień minus 7 tylko! Potrafi też nieźle wiać! W styczniu, w terminie europejskich ferii są zwykle droższe hotele! Tak wiec pogoda to chyba nie jest zmartwienie!

    OdpowiedzUsuń