wtorek, 10 lutego 2015

Kawa na Hawajach!


Jeszcze przed wyjazdem, gdy szperałam na temat Hawajów, natknęłam się na informacje o kawie z Kony, a właściwie należałoby powiedzieć o słynnej kawie z Kony! Ucieszyłam się, bo oboje jesteśmy fanatykami kawy, a pisząc te słowa mam na myśli bench mark, jakim jest maleńkie, oleiste włoskie espresso. High expectation is a guarantee of failure - powtarza do znudzenia Towarzysz Podróży! Prawdę mówiąc mocno mnie tym irytuje, bo to oznacza, że w zasadzie nie można się cieszyć myślą na coś, a przecież już to jest przyjemnością, nieprawdaż? ;o) 

A więc wysokie oczekiwania, w tym wypadku, nie wytrzymały konfrontacji z rzeczywistością! Pierwsza, druga i kolejna Słynna Kawa z Kony pod postacią espresso, smakowała jak stara opona, a podwójne espresso jak stara opona po przejechaniu przez rozgrzany asfalt! Ponawiane próby tylko potęgowały naszą frustrację! Ale nie dawało to nam spokoju, więc postanowiliśmy pojechać na plantację w poszukiwaniu prawdy!

Trzeba odnotować, że pierwsze kawowe drzewka zostały posadzone na Hawajach w 1813 roku przez hiszpańskiego figo-fago Don Francisca de Paula y Marina, który szukał po świecie szczęścia i znalazł je na wyspach właśnie, jako doradca króla i mąż co najmniej trzech hawajskich żon i ojciec nie policzonej liczby dzieci! Było to na wyspie Oahu (ta z Honolulu), ale z biegiem lat plantacje rozprzestrzeniły się na inne wyspy, w tym na Big Island, w okolice Kony. Teraz to w zasadzie jedyne na Hawajach liczące się miejsce upraw. Warto dodać, że jedyne w całych Stanach Zjednoczonych! 

Ale czy wiecie jak kawa została odkryta? Fajna historia! Ponoć w IX wieku niejaki Kaldi, etiopski pastuszek, zauważył, że jego podopieczne - kozy, zaczynają dokazywać po zjedzeniu czerwonych owoców z pewnego krzewu. Z ciekawości spróbował i też zaczął! ;o) Postanowił udać się do klasztoru, żeby podzielić się swoim odkryciem z zakonnikami. Oni jednak uznali, że to diabelska sprawka i wrzucili ziarna kawy do ognia. Palone ziarna wydały zachwycający aromat, co zasiało wątpliwości w mnisich duszach, co do diabelskiego pochodzenia ziaren. Postanowili dać im drugą szansę! 

Wracając do współczesności, kawa najchętniej rośnie na wysokości od 600 do 1200 m npm. Do plantacji Mountain Thunder musieliśmy się wspiąć na wysokość 3000 stóp czyli 1000 metrów! Samochodem oczywiście. W Ameryce na piechotę się nie chodzi i Hawaje nie są tu wyjątkiem! Wzgórze, na które jechaliśmy, z dołu wcale nie wygląda atrakcyjnie, mało tego nie wygląda na swoją wysokość - takie małopolskie wybrzuszenie. Proszę tylko spojrzeć!


Ale w miarę jak droga zaczęła się wznosić i coraz częściej skręcać, wjechaliśmy w bajkowy świat, gdzie przypomnieniem o realności miejsca są ostrzeżenia o spadających orzechach kokosowych i gryzących psach! A może też spadających! ;o)

Dziki kogutek! Ten chodził z kolegą, ale najczęściej spotykaną konfiguracją jest mąż i dwie żony.
Datury rosną tu jak nasze czarne bzy. Gdzie popadnie! ;o)


Passion fruit czyli męczennica jadalna czyli marakuja na etapie kwiatu! Pięło się toto jak powój po płocie, ale owoce miało jeszcze nie dojrzałe, a szkoda!
Kwitnący bananowiec z małymi banankami! 

Na plantacji, która jest również wytwórnią kawy, czekała na nas salka wykładowa na świeżym powietrzu, a w niej demonstracyjne ziarna kawy i degustacyjne napary.



Na konijskich wzgórzach kawa ma ponoć rewelacyjne warunki! Klimat subtropikalny, wulkaniczne żyzne gleby, poranne słońce i popołudniowy „mist”, bo wzgórza najczęściej w drugiej części dnia toną w chmurach! Rzeczywiście obserwowaliśmy to wielokrotnie z miasta, ale akurat tego dnia wyjątkowo świeciło słońce! I bardzo dobrze, bo temperatura na wzgórzu i tak spadła z 28 stopni do 17, a my bez kufajek ;o)

Dla porządku trzeba wspomnieć, że na świecie uprawia się dwa rodzaje kawy, są to arabica i robusta. Arabica jest arystokratką, a robusta pospoliciuchą, ale ma swoje zalety, bo jest mniej podatna na choroby i szkodniki! W Konie uprawia się tylko arabicę. 


Owoce kawy zbiera się tylko ręcznie, choćby z tego względu, że obok siebie znajdują się owoce już dojrzałe czyli czerwone i zielone, które muszą jeszcze na krzaku poczekać. Żadna maszyna nie podołałaby takiej intelektualnej robocie! 



Ze względu na ręczny zbiór, kawowe krzaczki prowadzi się tak, żeby owoce były w zasięgu podniesionych rąk, albo ewentualnie patyka, którym się przygina gałązki. Po zbiorach krzaki obcina się, a w kolejnym sezonie zbiera się owoce z młodych pędów. Od małego białego kwiatuszka (widać na zdjęciu poniżej pączki) upływa 8 miesięcy do zbierania czerwonych owoców.


Z czerwonych owoców wyjmuje się ziarenka. Zwykle to bliźniaki. Ale w 4% owoców znajdują się jedynaki. Są okrągłe, nazywają się pea berry i są najcenniejsze ze względu na delikatny smak i mniejszą kwasowość (acidity). Pierwszy owoc, jaki wzięłam do ręki i się do niego dobrałam, skrywał właśnie tę śliską kuleczkę - pea berry!


Tu pół bliźniaka.
Po wyjęciu ziaren z łupinek myje się je, żeby pozbawić śliskiej powłoki, a następnie suszy. Ziarna wysypywane są na duże płachty i odwracane kilkakrotnie, coś jak nasze siano na polu. Suszenie umożliwia zdjęcie łupinki. To już robi maszyna.

W worach czeka wysuszona kawa na pozbawienie łupinek w maszynie, którą widać w tle. 
Z lewej ziarenko w łupince, z prawej bez.

Ziarna pozbawione łupinki trafiają do maszyny, która je segreguje, odrzucając te złej jakości. W mniejszych firmach robi się to ręcznie. Potem następuje podział na ziarna w zależności od wielkości. 


Jest kilka rodzajów takich sit, bo kilka jest gradacji ziaren kawy.
Im większe tym jakość wyższa, mówiąc w największym skrócie. Odpady wracają na plantacje w postaci nawozu. Nieuczciwi producenci natomiast poddają je mocniejszemu paleniu, mielą je, wsypują do torebek i sprzedają jako pełnowartościową kawę. Nauka - jeśli kupować kawę, to w ziarnach! Chyba że ma się ekspres na kapsułki, jak my! ;o)

To kawowe odpadki po maszynowej segregacji.

Posegregowane ziarna, trafiają do palarni, gdzie palone są przez ok. 15 minut. 

W temperaturze 400 stopni F (204 C) otrzymuje się tzw. American roast czyli kawę słabo paloną. 

W temperaturze 430 stopni F (221 C) tzw. Vienna roast czyli kawę średnio paloną, 

a 460 stopniach F (237 C) tzw. French roast czyli kawę mocno paloną na espresso. 

Palenie ma wpływ zarówno na moc napoju, jak i na smak. 

Jedno z urządzeń do palenia kawy. Stosunkowo nieduże, ale prezentowało się najbardziej stylowo.

Największą zawartość kofeiny ma kawa słabo palona. Ma ona też najbardziej wyczuwalną kwasową nutę i najlżejsze body (kawowy rzadziak, fu), czyli coś, czego w kawie NIE lubię najbardziej! 

Uczciwie muszę jednak powiedzieć, że kawa, którą piliśmy na plantacji była inna od tych w mieście. Nie miała wprawdzie tego aksamitnego body, jakie lubię, ale miała przyjemny kremowy i wyrazisty smak. Goryczka finezyjnie równoważyła nuty kwasowe.

Na koniec ostatnie doniesienia National Cancer Institute na temat kawy. Naukowcy ogłosili, że kawa może obniżyć ryzyko zachorowania na czerniaka - raka skóry. To w USA piąty, najczęściej występujący nowotwór. W analizach uwzględniono dane 447 000 osób o białej skórze. Ci, którzy pili 4 lub więcej filizanek kawy mieli o 20 % mniejszą szansę zachorowania. Kawa bezkofeinowa nie miała wpływu na zachorowalność. A więc proszę Państwa - do ekspresów! A my do walizek! Następny odcinek ze wschodniej strony wyspy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz