wtorek, 9 maja 2017

Jarmuż z grzybami shiitake z sosem sezamowym czyli wszyscy będziemy weganami!


Przez tydzień byłam weganką! Była to moja odpowiedź na akcję zorganizowaną przez Stowarzyszenie Empatia, które walczy z niehumanitarnym traktowaniem zwierząt. Jak z pewnością wiecie, wystartowałam z pozycji wegetariańskiej, więc nie musiałam dusić apetytu na mięsa, ale i tak dieta okazała się wyzwaniem, nie jakimś znowu wielkim, ale musiałam zachowywać czujność. Mimo tego zamówiłam w Nero z rozpędu Espresso Macchiato, a innym razem zjadłam ciastko, w którym było mleko w proszku, co przeczytałam po fakcie. Powiecie wielkie rzeczy - parę kropli mleka. No cóż, tu chodzi o zasady, a nie o ilości!

Wspomniany wegański tydzień wypadł akurat tuż po Wielkanocy, więc kolorowymi jajkami na twardo zbombardował się bohatersko Pan Domu. Wprawdzie zadeklarował uczestnictwo w projekcie, ale nie za cenę wyrzucania jedzenia! Inwentaryzacja lodówki w kierunku zakazanych produktów wykazała obecność jednego serka do smarowania Piątnica, trzech jogurtów naturalnych, majonezu i kawałka Grana Padano, więc całość mogła spokojnie poczekać do mojego powrotu z eksperymentu!

A ja wybrałam się po wegańskie zakupy do supermarketu. Jak zawsze zaczęłam od departamentu warzyw i owoców, gdzie dopisało mi szczęście, bo było elegancko dojrzałe awokado i szparagi. Nie wspominam cichych bohaterów polskich stołów jak cebula, pory, jabłka, gruszki czy kapusta. Zapełniłam nimi koszyk i po zakończeniu akcji „na warzywach” uświadomiłam sobie nagle, że nie mam dokąd pójść. Normalnie powędrowałabym do nabiału, ale teraz nie mogłam. Kasze, ryże, mąki i strąki są w domowej spiżarni w ilości pozwalającej na przeżycie kwarantanny po wybuchu atomowym, więc w okolicach produktów sypkich nie miałam czego szukać. Zerknęłam jeszcze na łakocie, i może nawet bym coś wzięła, ale musiałabym skanować wzrokiem etykiety w poszukiwaniu zabronionych składników, a nie bardzo mi się chciało, więc pomaszerowałam do kasy zabierając po drodze pomidory suszone na słońcu i oliwki w dwóch kolorach.

Początek nie różnił się bardzo od poprzedniego reżimu żywieniowego! Na śniadanie kasza gryczana z warzywami i orzechami włoskimi, na obiad jarmuż z grzybami shiitake i płatkami migdałowymi, na kolację szparagi z czosnkiem niedźwiedzim zrobionym a la szpinak. Po drodze jabłka i suszone morele. Przy kawie był mały bólik, bo była bez mleka, ale do przeżycia. Kolejne dni były podobne, tylko zmieniał się rodzaj kaszy i warzywa, przy stałym współczynniku szparagowym naturalnie. Do akcji wkroczyła też fasola w pomidorach, ale to też nie był jakiś głęboki ukłon w stronę weganizmu, bo taka fasola jest w naszym zwykłym portfolio. Warto wspomnieć, że dodatek czosnku niedźwiedziego nadaje fasoli pałacowego charakteru! Spróbujcie przy okazji! Gdy do akcji wkraczały kanapeczki, to smarowałam je roztartym awokado, układałam suszone pomidory wyjęte z oliwy, dokładałam czosnek niedźwiedzi i ogórki kiszone, te własnoręczne z lata. Było pysznie, zdrowo i nade wszystko wegańsko!

Nie było źle, aż do czasu zaplanowanego dużo wcześniej przyjęcia u znajomych! Byłam tam zmuszona odmówić spożywania niektórych potraw, i chcąc nie chcąc, wygłosiłam przy stole manifest uzasadniający moje stanowisko. Goście zgromadzeni wokół stołu, którzy jeszcze chwilę wcześniej mówili, że po świętach nie mogą patrzeć na mięso, teraz siedzieli ze spuszczonymi głowami jak na rysunku Raczkowskiego, gdy ja nawijałam o zagładzie Planety i hekatombie zwierząt. No cóż, trzeba się pilnować, żeby nie przekroczyć cienkiej granicy dzielącej normalność od szaleństwa! Czułam, że wtedy do tej granicy niebezpiecznie się zbliżyłam.

Pani Gospodyni posapała trochę poirytowana, bo ona z tych, co nie gotują, jak nie muszą, a jak już coś uwarzą, to nie lubią komplikacji. Skończyło się tym, że dostałam dubeltową porcję sałaty z pomidorów, rukoli i awokado, z której usunięty został ser feta. Głównym daniem było zielone curry z warzywami i krewetkami i w zasadzie powinnam pryncypialnie odmówić jedzenia ze względu na skorupiaki, ale zabrakło mi asertywności i przystałam na odłowienie zwierząt z mojej porcji. Przy desce serów delektowałam się winogronami, co nie było wcale złe! Ale największa próba odbyła się przy deserze, bo wydawano tort bezowy! Możecie wierzyć lub nie, gdy wszyscy ocierali sobie z ust delikatne bezowe okruszki, jak chrupałam paluszki z linii premium Tesco, po upewnieniu się, że składają się z mąki, oliwy i wody! Czułam się bohaterką, także z tego względu, że po raz pierwszy wyszłam z tamtego domu po przyjęciu lekka jak torebka foliowa z filmu American Beauty.

Opisuję to w żartobliwym tonie, ale to wcale nie są heheszki! Kilka miesięcy temu dołączyłam do facebookowej grupy o prowokacyjnej i oddającej jednocześnie postrzeganie wegan we wszechświecie nazwie „A co te wegany jedzą?”. Grupa liczy 23 511 osób, a więc niemało. Czytanie grupowych dyskusji okazało się dla mnie pasjonujące, bo miałam okazję rozpoznawać weganizm „od kuchni” z naciskiem na metaforyczne znaczenie tego sformułowania, a nie dosłowne. Spoiwem grupy jest pragnienie niekrzywdzenia zwierząt! Naprawdę trudno o lepszą motywację w cywilizowanym świecie! Każdy normalny człowiek się pod tym podpisze! Nie każdy jednak zrobi krok dalej i zrezygnuje z pewnych przyzwyczajeń, wygód czy ulubionych smaków!

Weganie, jak wiadomo, nie jedzą żadnych produktów pochodzenia zwierzęcego i nie używają wyrobów, których zrobienie skazywało na cierpienie jakąkolwiek żywą istotę. W związku z tym, nie dość że nie kupują produktów zrobionych z naturalnej skóry i futer, wyrzekają się także wełny i jedwabiu! Nie używają kosmetyków testowanych na zwierzętach, nie jedzą miodu.

Uwaga grupy skoncentrowana jest jedzeniu, ale pojawiają się też wątki kosmetyczne czy medyczne! Nie wiem czy wiecie, ale pryncypialne podejście do bycia weganinem wyklucza używanie niektórych lekarstw, do produkcji których użyto np. żelatyny (niemal wszystkie kapsułki, które na pewno dobrze znacie).

Jestem pełna podziwu dla determinacji, z jaką niektórzy trwają na wegańskich pozycjach! Stale przewija się problem młodych osób, które dokonały już pewnych życiowych wyborów, ale jeszcze nie zarabiają, bo chodzą do szkoły. Codziennie uprawiają zapasy z rodzicami, którzy sprawiają wrażenie średniowiecznych analfabetów, uważających, że bez mięsa nie ma życia! Przed każdymi świętami o charakterze rodzinnym wylewa się fala żalów i próśb o porady, jak odpierać przy stole ataki babć, cioć i wujków, którzy zgodnie z polskim, rządowym stanowiskiem, postrzegają weganizm, jako lewacką fanaberię prowadzącą do zmiany orientacji seksualnej, a nawet jako śmiertelne zagrożenie życia!

Druga sprawa, to dostępność produktów. W zdecydowanie lepszej sytuacji są weganie z większych miast, no i ci na emigracji. Weganie mieszkający w Wielkiej Brytanii czy w Niemczech kupują (proporcjonalnie do zarobków) w dużo lepszych cenach! Ale i tak sytuacja w Polsce się poprawia, choćby to, że tofu czy roślinne mleka można już kupić w popularnych supermarketach.

Jednak nie wszystko, co wegańskie mi się podoba, i nie mam tu na myśli ideologii, tylko praktykę. Weganizm koncentruje się na niekrzywdzeniu zwierząt. To jest wspaniałe i oznacza osiągnięcie wysokiego poziomu empatii, świadomości i odpowiedzialności. Co zaskakujące jednak, jedzenie, które jedzą niektórzy weganie kwalifikuje się jako najordynarniejszy junk food. Jedna z dziewczyn opublikowała kiedyś w grupie zdjęcie etykiety chińskiej zupy, gdzie był jej skład, z pytaniem czy jest wegańska. Skomentowałam, że jest to sama chemia i zupa nie nadaje się do jedzenia, tylko do kosza! Wiem, nie odpowiedziałam na zadane pytanie, tylko wtrąciłam swoje trzy grosze, ale wyobraźcie sobie zalała mnie fala hejtu! Rozjuszeni weganie pisali, że mogą jeść, co im się podoba, że ja powinnam wylądować w koszu, że oni są weganami, co nie oznacza, że nie mogą odżywiać się frytkami i chipsami! I takie tam, szkoda gadać…

W sumie można to olać i wzruszyć ramionami, ostatecznie i tak lepiej, że nie przykładają ręki do hodowli i mordowania zwierząt i niech sobie żrą, co chcą! Z drugiej strony szkoda potencjału. Niech tylko nie rzucą się w tym miejscu na mnie weganie, którzy odżywiają się racjonalnie i zdrowo, nie jedzą przetworzonej żywności i segregują śmieci ;o) Wierzę, że takich osób jest najwięcej! Niestety jest też masa śmiecio-wegan! Ja protestuję przeciwko chemicznemu, przetworzonemu i bezwartościowemu jedzeniu bez względu na to, jaka ideologia za tym stoi!

Inna sprawa, która wprawdzie nie bulwersuje mnie jak junk food, ale zdumiewa i trochę śmieszy, to potrzeba gotowania wegetariańskich czy wegańskich odpowiedników dań mięsnych czy potraw tradycyjnych. Zwłaszcza przed świętami zapotrzebowanie na takie przepisy gwałtownie wzrasta. I tak wykonywane są wegańskie śledzie z boczniaków lub z bakłażanów, seleryba na Boże Narodzenie, jak sama nazwa podpowiada robiona z selera, tofurniki przez analogię do sernika - z tofu, a na co dzień tofucznice będące odpowiednikiem jajecznicy. Nie wiem po co to komu potrzebne! Ludzie, którzy przeszli mentalnie niewiarygodnie długą drogę do spożywania jedynie produktów pochodzenia roślinnego, a więc zerwali z polską przaśną tradycją kulinarną, niejednokrotnie stanęli samotnie na wprost mięsożernej rodziny, a pozostają w zaklętym kręgu pozbawionych sensu nazw.

To nie koniec rozterek i wątpliwości! Myślę o sobie „wegetarianka”, choć w istocie ta nazwa mi nie przysługuje, bo zdarza się nam ze dwa razy w miesiącu zjeść w domu rybę, albo coś wyjętego z morza. A jakkolwiek by kombinować, ryby to mięso i nie ma dyskusji. Nie godzę się jednak, żeby być w jednym worku z pożeraczami mięsa trzy razy dziennie! Do tego całkowicie świadomie ograniczamy produkty pochodzenia zwierzęcego, więc zdarzają się dni całkowicie wegańskie i jest ich coraz więcej. Wygląda na to, że także w tej dziedzinie jestem ni pies ni wydra! Najbliżej mi do pescowegetarian czyli wegetarian jedzących ryby, ale wiele wskazuje na to, że mogę skończyć jako weganka z rybami, ale już chyba bez nazwy ;o)

Jestem głęboko przekonana, że nie ma innej drogi niż wegańska. Nie będę tu pisała o cierpieniu zwierząt, bo wszyscy doskonale zdają sobie z tego sprawę, tylko starają się o tym nie myśleć kupując wołowinę na steki czy polędwicę wieprzową na pieczeń. Choć może warto wspomnieć, że życie krów tzw. mlecznych też raczej nie jest usłane różami. Żyją w oborach i nie widują słońca oraz nieba. Są co roku zapładniane i rodzą cielęta, które wkrótce są od nich zabierane, żeby nie wypijały mleka. Życie krowy mlecznej trwa około czterech lat, bo potem jej wydajność spada. Co jest dalej wiadomo - trafia do rzeźni. Warto to sobie uświadomić, bo ja jeszcze do niedawna żyłam w błogiej nieświadomości, sądząc, że krowa, która daje mleko żyje wiele lat spacerując po pastwisku. A więc dobrostan zwierząt, to jedno.


To nasza żuławska sąsiadka krowa Agata! Ale nie miejcie złudzeń, tak nie wygląda życie krów hodowlanych.

Oprócz tego są dwa inne ważne powody przesądzające o rychłym końcu jedzenia zwierząt! Pierwszy to względy zdrowotne! Dowodów na wpływ białka zwierzęcego, a zwłaszcza przetworzonego mięsa czyli takich specyfików jak szynka, salami, kiełbasy czy parówki na choroby układu sercowo-naczyniowego i nowotwory udokumentowanych przez renomowane instytucje z każdym rokiem przybywa i znajdują potwierdzenie na każdym kontynencie. Ale w związku z tym, że przyczyna i skutek rozciągnięte są w czasie, nie wzbudza to strachu, jaki powinno!

Last but not least! Hodowla zwierząt na mięso degeneruje Ziemię - Planetę. Mimo, że brzmi to dość abstrakcyjnie, w rzeczywistości jest przerażająco realne! Hodowla zwierząt na mięso wymaga olbrzymich ilości ziemi, pasz, energii i wody! Zatruwa powietrze, wody gruntowe i rzeki. The Worldwatch Institute ocenia, że 51% emisji gazów cieplarnianych jest związane z hodowlą zwierząt. W zastraszającym tempie wycinane są lasy, w tym tropikalne, żeby pozyskiwać tereny hodowlane. Naukowcy ze Smithsonian Institute (Instytut Smithsona) policzyli, że co minutę powierzchnia ziemi wielkości siedmiu boisk piłkarskich zostaje zamieniana na pastwiska lub pod uprawę pasz!

Aż 30 % lądu na Ziemi przeznaczone jest na hodowlę zwierząt na mięso - uwzględniając pastwiska i pola, na których uprawia się pasze. 70% światowych zasobów świeżej wody zużywa się do wyprodukowania paszy dla zwierząt hodowlanych. WWF podaje, że potrzeba 15 500 litrów wody, żeby wyprodukować 1 kg wołowiny!

Zmiana diety mieszkańców Ziemi jest konieczna do zatrzymania globalnego ocieplenia czyli zmniejszenia emisji dwutlenku węgla i metanu, a co za tym idzie opanowanie niektórych zjawisk przyrody, które zaczęły wymykać się spod kontroli. I to już dotyka każdego z nas - powodzie, huragany, susze i różne anomalie pogodowe. Każde ograniczenie hodowli zwierząt będzie prowadziło do istotnej redukcji tych gazów cieplarnianych. Szczególnie silny będzie efekt rezygnacji z pastwisk i przywrócenia na ich miejsce ekosystemów. Wygląda na to, że every little bit helps. Nawet jeśli nie dieta wegańska, to może flirt z wegetarianizmem albo chociaż znaczące ograniczenie mięsa w jadłospisie!

Nie może być inaczej, dziś pyszne wegańskie danko, które sprawdzi się wspaniale o każdej porze dnia i na różne okazje!




Jarmuż z grzybami shiitake z sosem z sezamowym

Składniki:

kilka liści jarmużu
150 - 200 gr świeżych grzybów shiitake
1 spora cebula
1 ząbek czosnku
garść płatków migdałowych
1 łyżeczka całych ziaren sezamu
3 łyżki oliwy (ja używam extra vergine, która wytrzymuje temperaturę 160 st, do której nawet się nie zbliżymy)

Sos:

2 łyżki białego sezamu
3-4 łyżki sosu sojowego
1 łyżka syropu z agawy (można zastąpić cukrem)

Wykonanie:

Proponuję zacząć od sosu. Wszystkie składniki wymieszać i utrzeć w moździerzu. Jeśli nie macie moździerza, to można ziarno sezamowe drobno posiekać, albo bardzo krótko przelecieć w młynku do ziół/kawy, a następnie wymieszać z sosem sojowym i syropem z agawy. Proporcje sosu należy ustanowić w zgodzie z własnym smakiem. Powinien być słono-słodki i powinien być gęsty, ale płynny. Po zrobieniu sos odstawić na bok.

Jarmuż umyć i porwać na kawałki, pozbawiając go „twardego szkieletu”, bo trudno się te łodyżki przeżuwa! Cebulę pokroić w sporą kostkę. Grzyby umyć i odciąć nóżki. W zależności od wielkości kapeluszy pokroić je na połówki lub na ćwiartki. Nóżki są dużo twardsze, więc trzeba je pokroić drobniej.

Na patelni rozgrzać połowę oliwy, wrzucić cebulę i podsmażyć przez 2 minuty, dorzucić pokrojone nóżki i po kolejnej minucie resztę grzybów. Smażyć przez ok. 4 minuty. Zdjąć z patelni.

Wlać pozostałą oliwę, rozgrzać, wrzucić rozgnieciony czosnek i smażyć minutę. Dorzucić jarmuż. Smażyć kilka minut mieszając, aż będzie miękki. Można podlać w trakcie dwie łyżki gorącej wody. Gdy jarmuż będzie wystarczająco miękki, ale nie flakowaty, dołożyć grzyby z cebulą, sos i wymieszać. Podawać od razu posypane płatkami migdałowymi i ziarnami sezamu.


6 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Cieszę się i dziękuję! Smakuje naprawdę nieźle i łatwo się robi! :o)

      Usuń
  2. Uwielbiam mięso, ale jakby wszystkie dania wegańskie były takie jak te, to chyba bym z niego zrezygnował :) Super!

    OdpowiedzUsuń
  3. To jedno z piękniejszych wyznań! ;o)

    OdpowiedzUsuń
  4. No dobra, ale co na obiad?��
    Baba Jaga Aga

    OdpowiedzUsuń