poniedziałek, 20 lutego 2017

Interaktywne przyjęcie w wietnamskim stylu czyli sajgonki „zrób to sam”!

Wygląda na to, że zostaliśmy adoptowani przez wietnamską rodzinę! Spędziliśmy z nimi najważniejsze w tym kraju święto o nazwie Tet czyli inaugurację Księżycowego Nowego Roku, jeździmy na ich rowerach, a z seniorem rodu, i z jego inicjatywy piliśmy wódkę o mało wietnamskiej nazwie Putinka. Ciepłą. Wyższym stopniem zespolenia mogą być chyba tylko więzy krwi. Ale po kolei!

Ostatnio pisałam z Sajgonu, teraz stukam w klawiaturę w Hoi An w środkowym Wietnamie. Tę magiczną czasoprzestrzeń o długości 850 km pokonaliśmy pociągiem w ciągu osiemnastu godzin (szesnastu planowych i dwóch opóźnienia). Wybór środka lokomocji był tak oczywisty, że nawet nie sprawdzaliśmy połączeń lotniczych. Miała być przygoda! Choć, jak się później okazało, samolot byłby tańszy, no i leciałby godzinę!

Ta piękna poglądowa mapka pochodzi z fantastycznej książki Real Vietnamese cooking.

Przygoda kolejowa zaczęła się już w hotelu podczas robienia rezerwacji. Wietnamski przewoźnik ma swoją stronę internetową, z którą można komunikować się po angielsku. W miarę łatwo jest odnaleźć połączenia na danej trasie, wybrać pociąg, a jest ich wiele w ciągu dnia, a także znaleźć odpowiednią dla siebie klasę podróżowania - od twardych foteli przez miękkie, twardych leżanek, których jest 6 w przedziale, aż po miękkie, których jest 4. Postawiliśmy na luksus miękkich łóżek i kameralność przedziału, wybierając dół i górę po jednej stronie, co jak się później okazało było błędem wynikającym z braku doświadczenia.

Po zaklepaniu łóżek, trzeba ujawnić swoje dane z adresem mailowym, numerem telefonu (tu okazało się, że obcego system nie przyjmuje, więc wpisaliśmy hotelowy) oraz numerem paszportu. Na końcu jest sekcja płacenia, gdzie wybiera się kliknięciem kartę wietnamską albo międzynarodową, podaje jej numer i klika „zapłać”. Koleje wietnamskie mają już wszystkie dane do przeprowadzenia transakcji, ale nie dzieje się nic. Trwa to tak długo, że Towarzysz Podróży dzwoni ze Skyp'a do banku do Polski, żeby zapytać czy pieniądze zostały pobrane z konta. Dowiaduje się, że nie, więc podejmujemy drugą próbę kupna. Okazuje się jednak, że miejsca, które próbowaliśmy kupić są „zawieszone” na półtorej godziny. Wybieramy więc kolejne w sąsiednim przedziale i przechodzimy ponownie całą procedurę. Z takim samym skutkiem, jak poprzednio. Znowu łączymy się z bankiem i po raz trzeci rezerwujemy bilety. Gdy mamy już zarezerwowany prawie cały wagon, ale żadnego kupionego biletu, zaczynam szukać prawdy w internecie.

Sprawa wyjaśnia się dość szybko. Wietnamskie koleje nie honorują kart wydanych poza Wietnamem, mimo, że na stronie www jest możliwość wyboru. Typowa sytuacja „jest, ale nie ma”. Doczytuję jednak, że można dokonać rezerwacji on-line z opcją zapłacenia i odbioru biletu na dworcu. Jest na to 24h od dokonania rezerwacji. To tę właśnie podróż na dworzec opisałam w poprzednim odcinku! Można oczywiście wszystko załatwić na dworcu, bez tracenia czasu na zabawę on-line, ale w konfrontacji z niewładającą angielskim panią w okienku, można zamiast miękkiego łóżka dostać twardy fotel, że nie wspomnę o tym, że można pojechać innym pociągiem do innego miasta. I pomyśleć, że jeszcze nie widzieliśmy pociągu, a tyle już wiemy o wietnamskim kolejnictwie!


Budynek dworca w Sajgonie

Nocny pociąg

W dniu wyjazdu zajechaliśmy jak paniska taksówką na dworzec, przeszliśmy przez halę dworcową i doszliśmy do peronu, przy którym stały dwa pociągi. Jeden jak spod igły, nowy i lśniący, a drugi jak Donatella Versace po ostatniej operacji plastycznej. Chyba nie muszę mówić, który był nasz. Przy wagonach zapraszająco stali konduktorzy i pomagali wtaszczać walizy. W naszym przedziale byli już pasażerowie. Rodzice z trzyletnią, na oko, córeczką. Przycupnęli na kozetce jak wróbelki i sprawiali wrażenie, jakby chcieli być niewidoczni. To nawet mogłoby im się udać, bo byli maleńcy, ale za to mieli gigantyczne tobołki! Całą podłogę zajmowały walizy, a na stoliku, jeden na drugim, stały pakuny obwiązane sznurkami. Gotowa jestem się założyć, że przywieźli to wszystko na motocyklu! No więc oni siedzą i patrzą w dal, a my na siebie, bo mamy dwie duże walizki, dwie podręczne i torbę z jedzeniem na drogę, a tu nie ma gdzie nogi postawić. Towarzysz Podróży zarządza więc, po zaczerpnięciu powietrza, wpychanie waliz „naszych i waszych” pod siedzenia. Odbywa się to przy biernym oporze wietnamskich współpodróżnych, którzy nie mówią po angielsku, ale widać, że nie są z takiego obrotu sprawy zadowoleni. Ostatecznie, dysząc siadamy na naszej kozetce, ocieramy pot z czoła, bo klimatyzacja nie działa i planujemy akcję pozbycia się tobołków ze stołu, gdy pociąg rusza. Na spotkanie nocy! Chwilę później wchodzi do wagonu dwudziestoparoletni Amerykanin, rzuca plecak na górną kozetkę, wymieniamy grzeczności, po czym wybywa z siatką piw do sąsiedniego przedziału do znajomych. Wygląda na to, że mamy overbooking, ale być może wietnamskie rodziny kwateruje się na jednym łóżku. Gdy tak sobie spekulujemy, do przedziału zagląda konduktor i mówi coś, na skutek czego wietnamska rodzina podnosi się i zaczyna wynosić pakunki. Wyciągamy więc spod siedzeń, dopiero co, siłą wepchnięte walizki i wystawiamy je na korytarz. Zostajemy sami.


 
Nie na długo, bo przychodzi inny konduktor z młotkiem zreperować klimatyzację. Wspina się jak pająk po łóżkach i puka w kratkę wentylacyjną na suficie. Wentylacja zaczyna działać. Po głowach liże nas lodowaty strumień. Wybór jest zerojedynkowy, regulacji nie ma! Decydujemy się na igloo, bo duchota jest nie do zniesienia! Zaczyna także do nas docierać, że popełniliśmy błąd biorąc łóżka po jednej stronie czyli górę i dół. Człowiek na górnej kozetce ma nawiew w odległości 30 cm i gwarantowaną hibernację jeszcze przed świtem. Ale to nie jedyny powód, dlaczego powinno się brać dwie dolne pryczki.

Tymczasem pociąg minął już oświetlone przedmieścia Sajgonu i pruł te swoje 60 km na godzinę przez ciemną wietnamską noc. Co jakiś czas na horyzoncie pojawiały się jakieś jaśniejsze plamy, co wyglądało jak zamglone światła miasta. Było ich coraz więcej i więcej, aż zaczęły się zlewać w jedną łunę światła. Noc ustąpiła niebieskawej szarości. Zaczęłam rozglądać się za księżycem, choć takiego światła nawet przy pełni nigdy nie widziałam. Niby nic, ale odczuwałam jakiś niepokój. Coś jak te ptaki, które lecą spać, gdy jest zaćmienie, tylko ja odwrotnie! ;o) Wyraziłam nawet przypuszczenie, że może już świta, ale Towarzysz Podróży spojrzał na mnie z politowaniem. No faktycznie, nie było jeszcze dwudziestej trzeciej. Niemniej wyglądaliśmy z zaciekawieniem przez okno, a pociąg trząsł się i zgrzytał na swoich zabytkowych resorach. Nagle za jednym z pagórków uderzyła nas taka jasność, że niewiele brakowało, a trzeba byłoby mrużyć oczy i ujrzeliśmy rzędy krzewów, a każdy z nich oświetlony potężną lampą skierowaną w górę. Próbowaliśmy dostrzec, co to za rośliny motywowane są tak bezkompromisowo do wzrostu, ale nie przypominało to niczego znajomego.

Po kilkudziesięciu kilometrach jasności nastała wreszcie noc jak Bóg przykazał i zaczęliśmy mościć się do spania. Po naradzie, zdecydowaliśmy, że skoro dolna leżanka jest pusta, to można ją zająć. Tak też się stało. Jak to w takich sytuacjach bywa, najpierw długo nie można zasnąć, a jak człowiek w końcu zaśnie, to zaraz coś go obudzi. Tak było też w tym przypadku. Na jednej ze stacji zgrzytnęły drzwi od przedziału i konduktor z urzędową miną wprowadził niewysokiego chłopaka o azjatyckich rysach, który najwyraźniej miał przydział na dolną kozetkę. Już Towarzysz Podróży zaczął dźwigać swoje kości, by umieścić je pod mroźnym sufitem, gdy chłopak zaproponował zamianę i nim się zdążyliśmy ucieszyć już wskakiwał na górę. Zdążyliśmy jeszcze ustalić, że jest Wietnamczykiem, ale mieszka w USA i podróżuje po kraju przodków, odwiedzając krewnych. Wykorzystaliśmy okazję, żeby spytać czy nie wie, jakie to rośliny doświetlane są tak po nocy, bo męczyła mnie ta niewiedza okrutnie. Bingo! Chłopak wiedział! Dragon fruity czyli pitaje czyli smocze owoce!  Odmiana kaktusa! Tutejszy przebój plantatorski ostatnich lat! Rzeczywiście na sajgońskich targach były stosy tych owoców, a ceny były podobne do cen, w jakich sprzedawane są jabłka w Polsce. Na dodatek Wietnam jest największym na świecie producentem dragon fruitów, a 90% tej produkcji trafia do Chin. W Sajgonie, drogą eksperymentów, nauczyłam się rozpoznawać dojrzałe owoce, które są przyjemnie słodkie w przeciwieństwie do niedojrzałych, które smakują jak woda. Te dojrzałe powinny mieć delikatny żółtawy rumieniec na cyklamenowej skórce i lekkie zażółcenie zielonych wypustek! Takie będą pyszne! I warto je kupować podczas egzotycznych podróży, bo są bogate w rzadko występujące antyoksydanty. Ale powiedzmy sobie szczerze, czereśnie to to nie są!



Tymczasem znowu zapadliśmy w sen, i jak możecie się domyślić, nie pospaliśmy zbyt długo. Najpierw wrócił z balangi Amerykanin, a że był po co najmniej kilku piwach, nie mógł rozpoznać czy to jego przedział i kilka razy zgrzytał drzwiami, nim zdecydował się wtargnąć do środka. Potem wyskakiwał Wietnamczyk, bo jego podróż trwała zaledwie cztery godziny. A na kolejnej stacji konduktor wprowadził wietnamską rodzinę z dwojgiem dzieci i tym razem nie było przeproś, trzeba było zwolnić dolną leżankę. Towarzysz Podróży owinął się szmatami i zalogował pod sufitem. Wietnamski ojciec ułożył matkę i synów spać i poszedł w nieznanym kierunku. W tym przedziale naprawdę nie można było się nudzić! Ale tym razem naprawdę zaczęła się noc, choć niewiele jej już zostało.

Wraz ze świtem zaczęły do mojej podświadomości docierać szelesty i elektroniczne dźwięki o niepokojących częstotliwościach. Ze wszystkich sił próbowałam pozostać w stanie sennego odrętwienia, ale gdy moja głowa została zbombardowana chrupkami kukurydzianymi, dałam za wygraną i otworzyłam oczy. Było już widno. Młodzi Wietnamczycy grali w grę na telefonie i zagryzali kilkoma rodzajami chrupek znanych międzynarodowych koncernów. Pokwikiwali przy tym radośnie ku zadowoleniu ich młodej mamy, która za nic miała, że trzy osoby w przedziale smacznie sobie śpią, bo jest zaledwie szósta rano! Towarzysz Podróży także zwlókł się ze swojego wyrka i postanowiliśmy zacząć dzień herbatą. Na korytarzu była jednostka self service z wrzątkiem znana z radzieckich filmów, których akcja rozgrywa się w kolei transsyberyjskiej i kipiatok nie był chałodnyj, więc wkrótce mogliśmy delektować się pobudzającym naparem. Stanęliśmy z herbatą w korytarzu i obserwowaliśmy krajobraz, na który składały się ryżowe pola rozciągające się po horyzont. Było stalowo-szaro, bo padał deszcz! Gdy po wypiciu herbaty, dobrze rozbudzeni, wróciliśmy do przedziału, wietnamska rodzina zwinięta w kłębek spała, podobnie jak zakonserwowany piwem Amerykanin. To się nazywa szach mat! 


 
Teraz praktyczna informacja dotycząca wyboru łóżek. Największym powodzeniem, zwłaszcza wśród rodzin podróżujących z małymi dziećmi, a jest ich co nie miara, mają dolne prycze, bo na te górne wcale nie tak łatwo się wdrapać, poza tym spadające jak gruchy dzieci, mogłyby wymusić konieczność zatrudniania w długodystansowych pociągach ortopedów! Łóżkami, które nie zostały zarezerwowane w przedsprzedaży zarządzają konduktorzy i lokują na krzywy ryj podróżnych z nadzieją, że nie pojawi się potencjalny właściciel. Dlatego teraz na pociąg do Hanoi mamy wykupione dwa dolne łóżka i czekamy z niecierpliwością, jakie też spotkają nas w nim przygody.

Jak już wspomniałam wcześniej pociąg spóźnił się o dwie godziny i do miasta Da Nang w środkowym Wietnamie dojechaliśmy o 14.00. Tutaj czekał na nas hotelowy samochód, który zabrał nas 30 km na południe do miejscowości o nazwie Hoi An. To tu mieliśmy za kilka dni przywitać Księżycowy Nowy Rok - święto porównywalne rozmachem ze świętami Bożego Narodzenia i choć nie ma podłoża religijnego, to łączność z zaświatami odgrywa tu ważną rolę.

Przygotowujemy się do Tet!

Pierwszy dzień Roku Księżycowego - święto Tet, jest jednocześnie pierwszym dniem wiosny. Dlatego jednym z elementów święta są kwiaty. Skrywają one wiele symbolicznych znaczeń i załatwiają wiele spraw. Głównie chodzi o szczęście, zdrowie i pieniądze, a także o odpędzenie złego. Najpopularniejsze są kwitnące na różowo kwiaty brzoskwini, nie znanej u nas ochny drzewkowatej (ochna interregima), która obsypuje się na wiosnę żółtym kwieciem oraz owocujące drzewka kumkwatowe. Dobry tydzień przed Nowym Rokiem ulice Hoi An zostały zastawione kwiatami w donicach na sprzedaż. Żółte, wysokie na metr chryzantemy, lilie, gladiole, malwy, warszawianki (Cosmos bipinnatus), gigantyczne aksamitki i po trochu różnych innych. Choćby z tego powodu warto przyjechać do Wietnamu w tym właśnie czasie. Szaleństwo dekorowania domów nikogo nie omija. Biznes kręci się od rana do wieczora. Zapach kwiatów miesza się ze smrodem spalin, bo wszystko przewożone jest motocyklami, nierzadko z przytroczonymi bardzo sprytnymi platformami transportowymi, albo donica staje za kierowcą, który trzyma ją jedną ręką!







 
Tet jest świętem, które spędza się z rodziną, więc ludność przemieszcza się wzdłuż i wszerz kraju, z naciskiem na wzdłuż, bo z Sajgonu na południu do Hanoi na północy jest jakieś 1 615 km, a to przecież nie są graniczne miejscowości (wszerz jest niewiele ponad 200 km i to na szerszym kawałku). Ludzie biegają z miotełkami i omiatają swoje domostwa, bo na Nowy Rok musi być czysto. Spłacają długi, kupują dzieciom nowe ubrania i dużo, dużo jedzenia. W tym dużo niezdrowego. Kupuje się też prezenty, ale są to głównie produkty spożywcze i alkohol. W restauracjach, kawiarniach i wszystkich sklepach rozbrzmiewa okolicznościowa muzyka. W tych zorientowanych na kulturę zachodu jest to znany i kochany utwór Happy New Year Abby, a w hołdujących wietnamskim tradycjom, a jest ich zdecydowanie więcej, piosenka Xuân Họp Mặt. Ma ona dziesiątki, jeśli nie setki wykonawców i wykonań. Posłuchajcie, żeby poczuć ten klimat! ;o) Tutaj!


 
W naszym hotelu także trwały przygotowania do Tet. Na tarasie przy jadalni stanęło wielkie drzewko kumkwatowe, a na ołtarzyku pojawiły się smakołyki dla duchów - owoce, coca-cola, piwo, papierosy, wódka oraz kadzidełka, które służą do nawiązywania łączności. Hotel, trochę nietypowy, bo składający się z sześciu bliźniaczych domów z lotosowym stawem w centralnym punkcie, należy do trzypokoleniowej rodziny składającej się z małżeństwa seniorów, ich syna i jego żony oraz ich słodkiej czteroletniej córeczki o imieniu Rabbit (w tłumaczeniu na angielski).

Seniorzy są bohaterami wojny wietnamskiej. Starszy Pan (obecnie lat 68) był też dyrektorem pobliskiej szkoły podstawowej. Teraz krząta się po ogrodzie, a to coś podleje, a to przesadzi. Żona zalega na łóżku albo przed telewizorem i nie przestaje się uśmiechać. Młodzi państwo są około trzydziestki i zarządzają hotelem. Młoda Pani Thảo najlepiej włada angielskim i sprawia wrażenie jakby to ona nosiła tu spodnie. Jej mąż stanowi zaplecze techniczne, wymienia żarówki, udrażnia zapchane odpływy prysznicowe, wyławia listki z basenu. Ale podczas jednej z rozmów okazało się, że to on zaprojektował wszystkie domy składające się na hotel, a ekipa kolegi je wybudowała. No cóż, na pewno nie ustrzegli się wielu błędów, ale udało im się stworzyć bajkową scenerię!



Nie wiem, czy to na skutek naszych zachwytów ogrodem (akurat pojawiły się młode listki kolendry, ogórków i sałat) czy zainteresowania wietnamską kuchnią i zwyczajami, a może sprawiły to techniczne talenty Towarzysza Podróży, który wybierał dla nas hotelowe rowery i przy okazji zreperował kilka innych, a także zrobił porządek w skrzynce z narzędziami ;o) Senior Rodu zaczął nam okazywać sympatię. Raz przyniósł dwa orzechy kokosowe z ogrodu, kiedy indziej pęczek zieleniny  i zachęcał do korzystania z warzywnika, to znowu sprezentował nam cztery donice „warszawianek”  na nasz prywatny tarasik - to w ramach dekoracji na święto Tet. Jednak największym zaskoczeniem było zaproszenie nas na sobotnie świąteczne śniadanie czyli w pierwszy dzień Nowego Roku, zwyczajowo zarezerwowane dla rodziny! Na dodatek Młodzi Państwo zaproponowali, że zabiorą nas w niedzielę do świątyni. Szykowały się prawdziwe emocje! Towarzysz Podróży przeglądając arsenał „kościołowych” T-shirtów powtarzał pod nosem Chúc Mừng Năm Mới czyli życzenia szczęśliwego nowego roku po wietnamsku, ja zdejmowałam niewidoczne pyłki z obiektywu.

Święto Tet ma również wymiar duchowy. Jest to okazja do wspominania zmarłych i oddawania im czci. W wietnamskich domach, na honorowych miejscach, znajdują się ołtarze. Ich design sprawia, że w ośrodku nagrody w mózgu odpowiedzialnym za odczuwanie piękna wywala bezpieczniki. Trzeba wziąć pod uwagę, że nie są to ołtarze urządzane na święto Tet. One są stałym elementem wyposażenia wnętrza, tyle tylko, że na co dzień zasłonięte są welurową zasłoną w kwieciste wzory, a od święta czy na rodzinne uroczystości są dodatkowo dekorowane i odsłaniane. Głównymi bohaterami ołtarzy są przodkowie, bywa że obecnych jest kilka pokoleń wstecz, na ile dostępne są ich zdjęcia. Z okazji świąt ołtarze są porządkowane, dekorowane kwiatami i kadzidełkami, a także, bardzo prozaicznie, ustawiana jest żywność i napoje, nie wyłączając wyskokowych, wszystko zależy od tego, jak rodzina chce dogodzić swoim przodkom. Dym z kadzidełek jest medium łączącym Ziemian ze zmarłymi. Łączność z zaświatami ma także bardzo pragmatyczny podtekst. Wierzy się tu, że zmarli opiekują się tymi, którzy zostali na Ziemi i powierza się im całkiem konkretne ziemskie sprawy do załatwienia. Trochę tu ironizuję, ale jestem też pełna szacunku dla więzi, jaka łączy tu pokolenia. Oczywiście ludzie są wszędzie ludźmi i można stracić zainteresowanie dla żyjącej babci, ale potem czcić ją po śmierci, niemniej przodkowie odgrywają tu ważną rolę!




Kolejnym elementem święta Tet są potrawy przygotowywane specjalnie na tę okazję! Już dwa tygodnie przed tutejszym Nowym Rokiem stragany zawalone były chińską szalotką! Ma to coś wiele nazw: chińska cebula, japońska szalotka czy orientalna cebula, a żeby rozwiać wątpliwości najlepiej odwołać się do nazwy łacińskiej, którą jest allium chinense. Jest naturalnie zdrowa i smaczna, a na święto marynuje się ją w wodzie z cukrem razem z marchewką, imbirem i rzodkwią. Smak - bez szaleństw!


Allium chinense czyli must have na Nowy Rok.

Innym tradycyjnym daniem jest ryż kleisty faszerowany fasolką mung, to w wersji podstawowej, a w rozwiniętej także boczkiem. Najbardziej czasochłonnym elementem tego dania jest pakowanie zawartości w liście bananowca, tak dokładnie, żeby podczas gotowania na parze woda nie dostała się do środka. No cóż, nie tylko brak liści bananowych w Polsce, powstrzyma mnie przed wykonaniem tego dania, że tak eufemistycznie się wyrażę. 


Tet nie może też wybrzmieć bez pestek słonecznika, które wszyscy skubią jak ptacy, kandyzowanych owoców ze szczególnym uwzględnieniem imbiru oraz orzechów. Przy okazji, tak spalonych orzechów nerkowca nie widziałam w życiu! W tym świątecznym wydaniu są najnormalniejszą trucizną ze względu na izomery trans powstające w wyniku podgrzewania wielonienasyconych kwasów tłuszczowych, których dużą ilością szczycą się orzechy właśnie. Poza tym, oprócz geograficznego rozciągnięcia Wietnamu, jest również rozkrok kulturowy i w różnych częściach kraju hołduje się różnym zwyczajom kulinarnym. My mogliśmy doświadczyć jak odbywa się to w środkowym Wietnamie, w rodzinie z klasy średniej.   

W Nowy Rok o godzinie jedenastej stawiliśmy się przed domem Seniorów, ale okazało się, że  gospodarze dopiero zaczynają nakrywać do stołu i zapraszają ponownie za pół godziny. Nie wyglądało na to, żeby ktoś stresował się z powodu spóźnienia. My po kilku tygodniach pobytu w Wietnamie wiedzieliśmy już, że umówiona godzina służy jedynie pewnej orientacji i nie należy jej traktować dosłownie, więc też się specjalnie nie przejęliśmy. W końcu jednak do spotkania przy świątecznym stole doszło. Okazało się przy tej okazji, że gdzieś głęboko muszę mieć ukrytą mieszczańską duszę, bo spodziewałam się obrusów, porcelany i biesiadników w galowych strojach! Nie podejrzewałam, że będą w tradycyjnych sukniach Ao Dai, ale nie sądziłam też, że wystąpią w strojach casual i to nie w opcji smart. Okrągły stół, zwykle złożony i oparty o ścianę, stanął na środku pokoju, a na nim pozbawiona wszelkiej pretensji melaminowa zastawa. Stały też drinki czyli coca-cola w puszkach, sprite i lokalne piwko Tiger. W sumie odetchnęliśmy z ulgą, bo jednak trochę obawialiśmy się etykiety, której moglibyśmy nie sprostać. A tu nawet nie pozwolili nam zdjąć japonek, choć po domu wszyscy śmigają na bosaka. 


Zrobiłam szybki przegląd dań jadalnych i niejadalnych! Zdecydowana większość była niejadalna ze względu na obecność mięsa! Nawet fasolkę szparagową, na którą spojrzałam z nadzieją, wymieszano ze skwarkami! Zjadłabym krewetki, bo czasami jadamy coś wyjętego z morza, ale te były usmażone z kawałkami boczku! Pozostał jeszcze kalmar, którego być może przez pomyłkę nie wymieszano z wieprzowiną ;o) Okazał się najlepszym kalmarem, jakiego jadłam w życiu, a był tylko ugotowany na parze!

Z dostępnego na stole repertuaru potraw mogłam dać nura w sajgonki, ale nie te smażone w głębokim tłuszczu, tylko zawijane w zwilżony ryżowy papier. Na to właśnie się zdecydowałam! Jeżeli chodzi o sajgonki, które mają tu wiele nazw w zależności od tego, w której części Wietnamu zostały zrobione oraz od zawartości, są one chyba drugim po zupie „pho” symbolem wietnamskiej kuchni. Do środka można nałożyć wszystkiego, jednak w wariancie klasycznym wkłada się krewetki, wieprzowinę, kluski, warzywa i zieleniny!

Teraz uwaga! Wietnamczycy robią je przy stole podczas posiłku! Tak, tak - przy tym świątecznym także! Na środku stołu stoi miska z wodą, leżą arkusze papieru i składniki w miseczkach dookoła! Jest także sos, w którym macza się własnoręcznie zwinięte sajgonki! No i zaczęła się jazda! Nasza wietnamska rodzina, pyk, pyk, nakładała pałeczkami na papier ryżowy mięsa i warzywa, zawijała ciasno zawartość i połykała zawijasy na dwa razy! Wszystkie czynności odbywały się w powietrzu. Nikt nie rozkładał papieru na talerzu i nie pochylał się nad nim jak jubiler! My też honorowo próbowaliśmy naśladować Gospodarzy, co skończyło się tym, że porozrzucaliśmy wszystko po stole podczas nieudolnego przenoszenia składników pałeczkami. A co się przy tym wszyscy naśmialiśmy…! Bo jak już się miało w garści składniki, to papier robił się zbyt miękki, żeby dało się w niego coś zawinąć! W sumie ważna była akcja, bo w konwersacji po angielsku reprezentowała rodzinę jedynie synowa czyli
Thảo, która zarządza hotelem i trochę jej mąż, a reszta biesiadników potakiwała jedynie: je, je, je (yes, yes, yes).

Następnego dnia Juniorzy czyli
Thảo z mężem i córeczką zabrali nas do świątyni w Chińskim Domu Zgromadzeń (Assembly Hall of the Fujian Chinese Congregation). Zabrali, to znaczy, że załadowaliśmy się na cztery rowery, dziecko zostało zapakowane w grubą kurtkę i nakryte wełnianą czapką i w ten piękny, gorący i słoneczny dzień ruszyliśmy do miasta. Zbytkowa, chińska świątynia, normalnie zwiedzana za opłatą, tego dnia była otwarta dla wszystkich za darmo. W tym szczególnym dniu modlitwy mają dużo większą szansę na realizację, dlatego wiernych było sporo. 

Mała „Rabbit” z tatą.
  
  
Nie ma tu czegoś takiego jak msze w kościele katolickim czyli można wpaść o dowolnej porze, pomodlić się i wyjść. Nie ma też atmosfery nabożnego skupienia, ale gęsto jest od dymu palonych kadzideł. Ludzie modlą się przed trzema ołtarzami. Przy lewym o zdrowie, przy środkowym o pieniądze, a przy prawym o potomstwo. Przypatrywałam się przez chwilę i najdłużej wszystkim schodziło przy środkowym! ;o) W pewnym momencie na dźwięk gongu, ludzie ożywili się i uformowali długą kolejkę. Okazało się, że rozpoczęło się wydawanie noworocznych wróżb (za wręczeniem ofiary pieniężnej naturalnie ;o) Po emocjach można było sobie przysiąść przy stole, napić się zielonej herbaty i odsapnąć.

Po południu wybraliśmy się rowerami na przejażdżkę po okolicy, żeby zobaczyć jak ludzie świętują Tet. Jest to o tyle łatwe, że tutaj nie zamyka się drzwi. Wprost z ulicy wchodzi się do salonu, gdzie koncentruje się życie rodziny. Salon zazwyczaj wyposażony jest w duży telewizor, ołtarz, drewniany zestaw wypoczynkowy, powiedzielibyśmy „dla amatora” ;o) oraz stół i krzesła. Z tyłu domu albo na piętrze są sypialnie. Kolory ścian mają najczęściej odcienie seledynu i błękitu, co w połączeniu z bardzo zimną barwą żarówek daje efekt prosektorium. Nie wiem, naprawdę nie wiem, jak w czymś takim można spędzać czas! Żeby nie było, że konfabuluję, materiał dowodowy na zdjęciach. Ostrzegam wrażliwsze estetycznie osoby, że oglądanie może zrobić dziury w mózgu, więc patrzycie na własną odpowiedzialność! Trzeba jednak jeszcze dodać, że wszyscy, bez wyjątku, ludzie z tych wnętrz są bardzo mili, żeby nie powiedzieć serdeczni. Wszystkim życzyliśmy szczęśliwego nowego roku po wietnamsku! ;o) 











Wiadomo, że podróże kształcą. Z tej podróży przywozimy pomysł na przyjęcie w wietnamskim stylu czyli sajgonki „Zrób To Sam”! Ile to razy stałam godzinami przy kuchennym blacie zawijając pieczołowicie sajgonki na przyjście gości! Koniec z tym! Teraz będę szykowała jedynie półprodukty, a goście sami będą sobie zawijali sajgonki o wymarzonym składzie! Pycha, ćwiczenie manualne, no i, jakże modne, zajęcie interaktywne!

Składniki, które podaję można traktować jedynie jako przykład, bo w papier ryżowy można zawinąć dokładnie wszystko! Ważne są zieleniny - w zasadzie każde zioło, jakie można kupić u nas w doniczkach. W Wietnamie do najpopularniejszych należą kolendra, tajska bazylia i mięta. Zwracam uwagę, zwłaszcza na miętę, bo u nas używana jest głównie do lodów, deserów, albo drinków, a tu wkłada się ją do każdej sałaty, jest na każdej kupce zielenin dodawanych do każdego dania czy zupy.
Nasze sajgonki były wegetariańskie, ale przełknęłabym też z krewetkami ;o)


Interaktywne przyjęcie w wietnamskim stylu czyli sajgonki „zrób to sam”!

Składniki:

paczka papieru ryżowego
marchewka pocięta w słupki
czerwona i żółta papryka pocięta w paski
kiełki fasoli mung
jajeczka przepiórcze ugotowane na twardo
ogórek pocięty w słupki albo w plastry
biała rzodkiew zestrugana obieraczką
dymka
kolendra
bazylia
natka pietruszki
lubczyk
sałata
omlet z kurzych jak usmażony ze szczypiorkiem i pocięty w paski
ugotowany makaron ryżowy
posiekane orzeszki ziemne

Sos
sok z limonki lub z dwóch
wyciśnięty ząbek czosnku
łyżka cukru
kilka łyżek sosu rybnego lub sojowego (w wersji wegetariańskiej)
pół posiekanej papryczki chilli

Proporcje sosu trzeba dobrać do własnego smaku, nie ma tu ortodoksji.

Wykonanie:

W zasadzie wszystko zostało już powiedziane. Może tylko słowo o technice zawijania. Najczęściej widuję tu sajgonki otwarte z jednej strony. Tak też zawijali je nasi gospodarze. Po namoczeniu papieru, mniej więcej na na 5 do 8 sekund, składa się go na wysokości 1/4, następnie wkłada zawartość, tak żeby kawałki warzyw wystawały od strony zawinięcia. Od dołu zamyka się papier, a potem roluje, macza w sosie i zjada!

7 komentarzy:

  1. czytam, ogladam z zachwytem. Dzielę na części :-) piosenka dość catchy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba wyślę Ci kwiaty... ;o) Piosenka całkiem do wytrzymania! Choćby przez porównanie z tutejszym popem, który leci przez 4 godziny w autobusie! Aż mi spuchły opony mózgowe!

      Usuń
  2. I jak zwykle podziwiam.
    Pozdr.A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaczynam się powoli oswajać z podziwianiem! Wietnamskie dzieci zachwycają się moimi włosami! ;o) A jedna nastolatka nawet zrobiła sobie ze mną zdjęcie he he...

      Usuń
  3. cudownie się czyta (jak zawsze), zdjęcia wnętrz rzeczywiście wypalają oczy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak mi mów Aśka! Będę częściej pisała ;o)

      Usuń